Ostatnio zostałam oTAGowana przez Moonię, oraz  Drrimę za co bardzo dziękuję! :) Tak, więc poniżej podam listę zasad, a za chwilę zaczytacie się w moich odpowiedziach na 22 pytania. 

1. Każda oTAGowana osoba ma za zadanie odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez 'Taggera' i odpowiedzieć na nie na swoim blogu.
2. Po odpowiedzeniu na zadane pytania wybierasz nowe 11 osób do TAGowania i piszesz je w swoim w poście.
3. Tworzysz 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w TAGu i piszesz je w swoim TAGowym poście.
4. Wymieniasz w danym poście osoby oTAGowane przez Ciebie.
5. Nie oznaczaj oTAGowanych już osób.
6. Poinformuj wypisane osoby, że zostały oTAGowane.
Ona pamięta wszystko. Jego smak, zapach, miękki dotyk jego dłoni. Takiej miłości i namiętności nie przeżyła ani nigdy wcześniej ani nigdy później. I nie było ważne, że był księciem. Prawdziwym. Wystarczyło, że pozostawał władcą jej serca.
Ich więź nigdy nie została przerwana, mimo że niedane było im być razem.
Czy ta historia to wymysł schorowanej kobiety czy może najcenniejsze ze wspomnień, wciąż powracające ze zdwojoną siłą?

W Marzycielce z Ostendy Eric-Emmanuel Schmitt bada kruchą naturę marzeń - wspomnień, impresji, wyobraźni. Rzeczy, których waga często nam umyka, a które przecież decydują o naszym życiu.

Informacje:
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: listopad 2011
Tytuł oryginału: La reveuse d'Ostende
Ilość stron: 320


Twórczość Erica-Emmenuela Shmitta poznałam przez „Oskara i Panią Różę”, która była lekturą szkolną. Chyba jak każdego książka wzruszyła mnie i wywołała pustkę, wręcz wytarła z emocji. Tym razem miałam okazję zapoznać się z „Marzycielką z Ostendy” i również wpadłam w magiczny świat autora. Wciąż zadaję sobie pytanie: Dlaczego to trwało tak krótko?

Książka jest zbiorem kilku opowieści:
-„Marzycielka z Ostendy”
-„Zbrodnia doskonała”
-„Ozdrowienie”
-„Kiepskie lektury”
-„Kobieta z bukietem”

Każda z nich porusza delikatną stronę ludzkiej natury. Chodzi o miłość, zazdrość, nienawiść, zmieszanie i nadzieję. Wszystkie historie przekazują nam jakieś porady życiowe. Pięć dość krótkich opowiadań tak mnie wciągnęło, że nawet nie wiem kiedy zakończyłam przygodę z lekturą.

„Marzycielka z Ostendy” mówi o historii jakiej nie sposób sobie wymarzyć. Tytułowa postać Emma Van A. opowiada o swojej miłości w sposób tak niesamowity i pełen uczuć, że wywołuje to zazdrość. Wszyscy uważają, że jej życie było wręcz nudne, ale tak naprawdę wypełniało je wiele pozytywnych uczuć. Opowieść wywołuje potok przemyśleń i odbudowuje wyobrażenie na temat prawdziwej miłości. Marzycielka, zapadła mi w pamięć.

„Zbrodnia doskonała” to opowieść jakiej nie oczekiwałam w tej książce. Kobieta zrzuca swego męża ze skarpy, nie czuje co do swojego czynu żalu. Cieszy się, że po kilkudziesięciu latach małżeństwa ma spokój. ‘Stety’ zabójczyni staje przed sądem, gdzie wysłuchuje zeznań ludzi, którzy mówią jak niesamowitym małżeństwem byli. Teraz kobietę zaczynają trapić wątpliwości. Jak skończy się jej historia? I co znajduje się w tajemniczych pudełkach, które przechowywał jej mąż?

W „Ozdrowieniu” Schmitt ukazuje piękno kobiet. W pewien sposób podnosi samoocenę płci pięknej. Ukazuje, że każda z nas może poczuć się dobrze w swoim ciele. To naprawdę sympatyczna historia o pielęgniarce, która opatruje niewidomego mężczyznę po wypadku. Czy złamie zasady i zbliży się do pochorowanego?

„Kiepskie lektury” to opowiadanie o nauczycielu, który trzyma się z dala od literatury pięknej. Niestety akurat ta cześć książki podobała mi się najmniej. Po prostu nie przypadła mi do gustu.

„Marzycielkę z Ostendy” zamyka „Kobieta z bukietem”. Tytułowa postać czeka co roku od możliwe, że nawet kilkudziesięciu lat za mężczyzną. W końcu wyłania się z pociągu, tylko co dalej? Kobietę charakteryzuje wielka cierpliwość i nadzieja – ciepłe uczucie pozwalające przetrwać. Jednak nadal nie wiem kim osobnik, który pojawił się na powrót w życiu głównej bohaterki. Czy to miłość, czy śmierć…

Książka jest pisana bardzo prostym językiem zrozumiałym dla każdego czytelnika. „Marzycielkę z Ostendy” czyta się bardzo szybko, dlatego siedzimy w jej świecie dość krótki czas i to wielki minus. Powieści pozostawiają po sobie setki przemyśleń, wzruszają i powodują, że chce się coś zmienić w swoim życiu. To jedna z tych lektur, które zmieniają nastawienie od reszty świata. Cieszę się, że przeczytałam „Marzycielkę…” to nie był stracony czas. Polecam ją każdemu czytelnikowi.

Ocena: 8,5/10
Jutro kończy się kwiecień - plecień, więc postanowiłam napisać kilka zdań podsumowujących go. Jestem nawet zadowolona z ilości recenzji i przeczytanych książek ale zawsze mogło być lepiej. Większość czasu zajęło mi denerwowanie się z powodu egzaminu gimnazjalnego i cieszę się, że mam go już za sobą. Teraz pora czekać na wyniki. Mam nadzieję, że nie będzie jakoś źle. 

Ilość przeczytanych książek: 14
Zrecenzowane: 11
Lepiej niż w zeszłym miesiącu, gdzie liczby nie przekroczyły 10. Dodatkowo wzięłam udział w akcji "30 dni z książkami", która będzie trwała jeszcze jakiś czas w maju. Muszę trochę nadrobić umieszczanie postów na jej temat. Dodatkowo otrzymałam swoje pierwsze egzemplarze recenzenckie - czyżbym się rozwijała?

A teraz mały ranking [biorę pod uwagę tylko lektury, które zrecenzowałam].

Trójka zwycięzców:
1) Lauren Oliver "Delirium"
2) Santiago Posteguillo "Africanus. Syn konsula"
3) Alex Kava "Granice Szaleństwa"

Wyróżnienie otrzymują Kendare Blake "Anna we krwi", oraz David Gaider "Dragon Age. Utracony tron" za największe rozczarowanie. Po tych książkach spodziewałam się czegoś lepszego, ale cóż. Nie można mieć wszystkiego, prawda? :)



„Mówili, że bez miłości będę szczęśliwa.
Mówili, że lekarstwo na miłość sprawi, że będę bezpieczna.
I zawsze im wierzyłam.
Do dziś.
Teraz wszystko się zmieniło.
Teraz wolę zachorować i kochać choćby przez ułamek sekundy, niż żyć setki lat w kłamstwie.


Dawniej wierzono, że miłość jest najważniejszą rzeczą pod słońcem.
W imię miłości ludzie byli w stanie zrobić wszystko, nawet zabić.
Potem wynaleziono lekarstwo na miłość.

Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć?"

* * *


Informacje:

Tłumaczenie: Monika Bukowska
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: kwiecień 2012r
Ilość stron: 360


Na „Delirium” czekałam od dłuższego czasu, tak naprawdę byłam zafascynowana twórczością Lauren Oliver przez jej książkę „7 razy dziś”, która bardzo mi się spodobała. Na pewno spotkaliście się z wieloma pochlebnymi recenzjami „Delirium” i nie ma co się dziwić. Ta powieść jest naprawdę dobra.

„Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija.”

Spotykamy się z rzeczywistością, która w wielu przypadkach wywoła szok. Miłość, a raczej amor deliria nervosa jest śmiertelną chorobą. Dlatego młodzież, która ma około 18 lat ‘szczepi’ się przeciwko takowej. Ludzie stają się wtedy bezbarwni, wszystkie emocje z nich uciekają. Portland wygląda jak miasto pełne żywych trupów. Zakazane są jakiekolwiek kontakty z płcią przeciwną, o godzinie 21 nieleczeni nie mogą przebywać poza domem. Porządkowi co jakiś czas przeczesują teren poszukując ludzi z objawami choroby.

„Słowo, które wydostało się z mojej krtani i zatańczyło na moich ustach, zanim byłam w stanie pomyśleć i je powstrzymać. Pytanie brzmiało: „spotkamy się jutro?”. A to słowo brzmiało: t a k.”

W tym świecie żyje dziewczyna imieniem Lena, która powoli zbliża się do osiemnastych urodzin i tym samym zabiegu. Jest nieświadoma kłamstw, które ją otaczają. Nie może się doczekać, aż zostanie ‘zaszczepiona’, odlicza do tego dni. Jej rodzina została naznaczona piętnem deliri od kiedy jej matka popełniła samobójstwo z powodu miłości. Dlatego Lena chce pozbyć się możliwości skończenia jak ona wkraczając w świat dorosłości. Podczas jej ewaluacji – to egzamin, dzięki któremu dobiorą jej partnera do końca życia – spotyka chłopaka, który odmieni jej życie i światopogląd. Co się stanie jeśli biedna Lena ‘zachoruje’? Czy ich miłość przetrwa w tak okrutnej rzeczywistości? Tę parę czeka wiele przygód i wiele godzin spędzonych sam na sam. A wszystko pod groźbą śmierci.

„Wiesz, że nie możesz być szczęśliwa, jeżeli czasem nie bywasz nieszczęśliwa, prawda?”

Bohaterowie książki są rzeczywiści. Ich zachowania są naturalne. Lena, która z początku czuje strach przed wszystkim. Niepewność jej przyjaciółki Hany podczas rozmowy o nielegalnym koncercie [muzyka również jest zabroniona]. I Alex spowity mgłą tajemnicy. Polubiłam tę trójkę, to naprawdę zgrana grupa, która może przezwyciężyć wiele niedogodności losu. Obserwujemy przy nich gamę uczuć. Przechodzą przez dobre i złe czasy.

Fabuła jest na pewno oryginalna. Lauren Oliver wykreowała swój świat w naprawdę dobry sposób. Polityka, objawy amor delirii nervosy są świetnie opisane. Dialogi rzeczywiste. Brak tu kwiecistych zawiłych wypowiedzi od których z czasem głowa pęka.  Wszystko łatwo i przyjemnie się czyta. Można pozwolić sobie na lekki spacerek po fabule „Delirium”. Lektura zajęła mi dwa przemiłe wieczory i nie mogłam się od niej oderwać. Dodatkowo przed każdym rozdziałem możemy znaleźć wycinki z Księgi Szczęścia Zdrowia i Zadowolenia - to taki podręcznik opisujący zasady życia. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że zakończenie jest przewidywalne i z tego powodu nie mogłam dać najwyższej oceny.

Polecam tę książkę. Wywołuje ona wiele emocji u czytelnika, od tych pozytywnych do negatywnych takich jak złość z powodu braku rodzinnych zażyłości i okrutnego prawa panującego tam. Jeśli ktoś jeszcze nie miał styczności z twórczością Lauren Oliver to zapraszam do nadrobienia zaległości.

Ocena: 9/10
„Miłość – zabije cię i jednocześnie ocali.”
"Africanus. Syn konsula to porywająca historia o jednym z największych wodzów w dziejach świata. Młody oficer legionów szybko osiąga godność trybuna. Jego odwaga i inteligencja wzbudzają podziw przyjaciół, uwielbienie kobiet i zawiść konkurentów. Africanus przeżywa swoje pierwsze bitwy i miłości. Spotyka również kobietę, z którą los połączy go trwałym, namiętnym uczuciem. Bolesne klęski wojsk rzymskich i śmierć ojca, który ginie w obronie ojczyzny, sprawiają, że wojna nabiera dla niego osobistego wymiaru.

Przed oczami czytelnika rozpościerają się pola bitwy nad Trebią i pod Kannami, oblężenie Saguntu i Nowej Kartaginy. Africanus. Syn konsula to nie tylko panoramiczna opowieść o militarnych przewagach i zmaganiach żołnierskich, ale także uczta dla miłośników obyczajowych i kulturowych detali codziennego życia w Rzymie. Jesteśmy świadkami obrzędów pogrzebowych i ślubnych, walk gladiatorów, popisów poetyckich i słynnych rzymskich uczt. Poznajemy świat patrycjuszowskich pałaców, rzeźbiarzy i poetów, a także rzymskich legionów i domów publicznych.

 Chwała i wielkość centrum starożytnego świata do dziś przemawia do nas, uwieczniona przez artystów. Czy jednak Rzym zawsze był wielki? Pod koniec III stulecia p.n.e. wydawało się, że jeden człowiek może doprowadzić do jego upadku. Hannibal ante portas! Jeżeli zrealizowałby swój plan, o Rzymie wspominano by zaledwie w krótkich zdaniach jako o kwitnącym mieście, które ostatecznie pozostało zamknięte w obrębie swych murów i uległo przewadze Kartaginy. Na drodze najgenialniejszego stratega wszech czasów stanął jednak godny przeciwnik – Africanus."

* * *
Informacje:
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska
Tytuł oryginału: Africanus: el hijo del cónsul
Seria/cykl wydawniczy: Scypion Afrykański tom 1
Wydawnictwo: Esprit
Data wydania: maj 2011 (data przybliżona)
Ilość stron: 428

Spotkałam się z wieloma pochlebnymi recenzjami książki „Africanus. Syn konsula” dlatego byłam zachwycona, mogąc  ją przeczytać. Z początku czułam lekką obawę, ponieważ lektury o tematyce historycznej kojarzą mi się z trudną do przebrnięcia fabułą i dość skomplikowanym słownictwem. Santiago Posteguillo pozytywnie zaskoczył mnie swoim stylem pisania.

"Aby przeczytać dobre dzieło, mawiał, nie potrzeba nic więcej, jak tylko czasu, no i żeby było porządnie napisane."

Książka rozpoczyna cykl o Scypionie Afrykańskim. Akcja toczy się w III wieku  p.n.e. Od tamtej pory zapoznajemy się z dziejami Rzymu. Zazwyczaj trzymam się z daleka od podręczników do historii dlatego miło było cofnąć się do tamtych czasów i nadrobić swoje zaległości w informacjach o starożytności. Książka ukazuje nam wzloty i upadki znanego wszystkim potężnego imperium, które podnosi się na naszych oczach. Poznajemy głównego bohatera książki. To nie jest jakaś zwykła postać, którą się lubi, bądź nie. To naprawdę dobrze skonstruowany bohater, który dorasta na naszych oczach i podejmuje decyzje, których normalny człowiek nigdy by nie podjął, ale o nim później.

Lektura zachwyca mnogością wątków, które są bardzo dobrze przedstawione. Cała oprawa pozwala wczuć się w życie panujące w starożytnym Rzymie. Podoba mi się sposób w jaki autor zaprezentował rzeczywistość rzymian. A informacje na temat kultury i polityki dodają tylko smaczku i nie pozwalają oderwać się od książki. Język, którego używa Santiago Posteguillo jest prosty, całość czyta się z łatwością. Dodatkowo możemy znaleźć słowniczek, który tłumaczy nam wiele zwrotów i słówek. „Dramatis personae” zapoznaje nas z bohaterami, dzięki czemu omijamy z zadowoleniem na twarzy orientowanie się kto jest kim. To naprawdę zaleta książek historycznych.

"Są trzy powody [...] dla których ludzie się lubią i zawierają przyjaźnie: dla korzyści, z powodu pociągu fizycznego oraz z sympatii, przez co należy rozumieć sympatię duchową. Sympatia ta jest początkiem przyjaźni, niż samą przyjaźnią."

Warto zauważyć, że największym plusem jest dwójka bohaterów książki. Inteligentni mężczyźni – Scypion i Hannibal. Nie można oprzeć się wrażeniu, że łączą ich jakieś cechy charakteru, mimo, że są całkowicie od siebie różni. „Africanus. Syn konsula” pozwala nam zapoznać się z ich dzieciństwem. Niestety los chciał, że w bitwie zostali postawieni po przeciwnych stronach pola.
Książka wywołuje wiele niesamowitych emocji. Od pozytywnych do negatywnych. Łączymy się z fabułą w sposób specyficzny, dzięki czemu mamy wrażenie, że stoimy obok bohaterów i uczestniczymy we wszelakich bitwach. Wyobraźnia szaleje podczas czytania.
Niestety przeraziło mnie trochę zakończenie autora. Urwał historię w takim momencie, że nie sposób nie czekać na kolejną część, którą na pewno przeczytam i nie mogę się doczekać, aż znajdzie się na mojej półce.

Ocena: 8/10


Za możliwość poznania starożytnego Rzymu dziękuję wydawnictwu Espirit.





Postanowiłam w końcu nadrobić zaległości jeśli chodzi o akcję "30 dni z książkami" dlatego też przedstawię Wam dzisiaj więcej lektur niż zazwyczaj. Ale najpierw chciałabym zaprosić Was na moją stronę na facebooku. 
Oto link:
https://www.facebook.com/recenzjeBezimiennej

Będę starała się codziennie umieszczać aktualizacje dotyczące mojego bloga :) 

Dzień 11
"Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem"

Pierwsze co wpada mi do głowy to "Ania z Zielonego Wzgórza". Książkę otrzymałam z powodu jakiejś uroczystości w szkole podstawowej. Nie pamiętam, czy była to jakaś nagroda, czy coś innego. W każdym razie od tamtej pory zaczęłam więcej czasu spędzać w bibliotece, niż na podwórku razem z moimi rówieśnikami.

Dzień 12
"Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas." 

Ponownie mogę podać tytuł "Groteski" autorki Natsuo Kirino. W trakcie czytania musiałam przerwać lekturę na kilka dni. Potrzebowałam czasu by przetrawić natłok tak okropnych informacji dotyczących życia innych ludzi. Po prostu nie spodziewałam się, że coś takiego jest możliwe. Żyłam w słodkiej nieświadomości.

Dzień 13
"Najukochańsza książka z dzieciństwa"

Moją ukochaną książką był zbiór twórczości Juliana Tuwima. Do dzisiaj pamięta większość wierszyków. :)

Dzień 14
"Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej"

Z odpowiedzią na to miałam wiele problemów. Zadawałam sobie pytanie co chciałabym przerabiać na lekcjach z nauczycielami i nadal nic nie wpadło mi do głowy. W końcu jednak zadecydowałam, że powinna to być lektura, którą już omawiałam w gimnazjum. To "My, dzieci z dworca ZOO", mogłabym opowiadać i słuchać o tej książce niezliczoną ilość razy i chyba nigdy by mi się to nie znudziło.

Dzień 15
"Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach"

Przez dłuższy czas nie miałam takowej książki. Ostatnio jednak miałam okazję przeczytać "Africanusa. Syna konsula", której recenzja ukaże się jutro. Dzięki niej zaciekawił mnie starożytny Rzym i kultura panująca tam przed wiekami. Może niedokładnie o to chodziło, jednak tylko ten tytuł wpada mi do głowy.



"Antologia „Maski” to drugi tom wydawanego przez portal The Cold Desire zbioru opowiadań „yaoi”. Tematyka tekstów jest szeroka – od historii alternatywnej i fantastyki po thriller.

Tym razem antologia zawiera mniej liczne, lecz za to dłuższe teksty - podobnie jak poprzednio
 napisane przez młodych twórców, chcących podzielić się z Czytelnikami swoimi wizjami świata – świata, w którym każdy nosi „maskę”, a niektórzy nawet po kilka. „Maski” te przywdziewane są przez ludzi z rozmaitych powodów: czasami, by móc udawać kogoś, kim się nie jest… niekiedy, by nie ujawniać swoich prawdziwych uczuć… a czasem też, aby ukryć swoje nieakceptowane potrzeby czy zachowania. Drogi Czytelniku… ...czy odważysz się odsłonić którąś z „masek”?"

Informacje:
AUTORZY: Anna "An-Nah" Łagan, Irmina Iwanowna, Ren Yoru, Fu-chan
Data wydania: grudzień, 2011
Wydawnictwo: The Cold Desire
Liczba stron: 181


Antologia pod tytułem „Maski” składa się z czterech historii ‘świeżych’ pisarzy, którzy próbują swoich sił. I bardzo dobrze, że to robią, ponieważ każda opowieść jest sposobem na miłe spędzenie wolnego czasu. Książka wciąga i po chwili nie można się od niej oderwać. Czytelnik chcę się dowiedzieć co dalej, jak potoczą się losy bohaterów.

Autorka Anna „An-Nah” Łagan zapoznaje nas z mieszanką wielu kultur. Poznajemy ciekawostki dotyczące Japonii, Indii i Europy. Na początku zostajemy wrzuceni w natłok informacji i potrzeba chwilki by się przystosować, ale warto. Esteban, jest głównym bohaterem tej części książki – „Anatomii obcości”. Gdy podczas misji poznaje Onimure Shinsuke jego życie przewraca się do góry nogami. Ratuje mężczyznę, a następnie z biegiem czasu otrzymuje od niego nową pracę. Dzieli ich granica kultur, problemy z nawiązaniem kontaktu, przez brak znajomości tych samych języków. Mimo tego Esteban darzy Onimure pozytywnym uczuciem, które może przerodzić się w coś więcej. 

Kolejną historią i tym samym moją ulubioną jest „Koniec maja” – Irminy Iwanownej. Fantasy i troszkę thrilleru – cudo. Poznajemy Patryka, który od dłuższego czasu miewa tajemnicze sny, w których widzi twarz nieznanego mu mężczyzny. Od początku towarzyszą nam specyficzne uczucia dotyczące aury jaka w nas uderza podczas czytania. Wszystko przedstawione jest w sympatyczny sposób, a  zakończenie jest naprawdę zaskakujące.

Ukradkiem przejdę do kolejnej opowiastki typu science-fiction. Nie przepadam za tym gatunkiem, dlatego pozwolę pobieżnie przejść po temacie. Zostajemy wprowadzenie do rzeczywistości po wybuchu III wojny światowej. Idealnie przedstawiona polityka, pozwala wczuć się w fabułę. Ostatnią częścią antologii „Maski” jest „Niosący światło”. Mogę zapewnić, że ostatnie nie oznacza najgorsze. Bohaterowie stworzeni przez Fu-chan są niesamowici. Fabuła opierająca się na fantasy również niczego sobie. Czyta się z zapartym tchem, a każda strona coraz bardziej zagłębia nas w ten nierealny świat.

Książkę czyta się łatwo i przyjemnie, lektura zajęła mi jeden wieczór i cieszę się, że miałam okazje zapoznania się z nią. Miło czasem spotkać się z twórczością młodych pisarzy i ich wspierać.
W każdym razie polecam „Maski”, ponieważ każdy możne znaleźć w niej coś dla siebie. Oczywiście jeśli nie przeszkadzają mu związki męsko-męskie, na których ta antologia się opiera. Niestety nie mogę dać książce najwyższej oceny. Wciąga, ale nie aż tak bardzo jak powinna. Sympatycznie jest z nią spędzić te kilka godzin, ale z czasem lektura znika z głowy.

Ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z antologią dziękuję wydawnictwu The Cold Desire
Strona wydawnictwa




"Kiedy matka młodego Marica, ukochana Królowa Rebeliantka, zostaje zdradzona i zamordowana przez niewiernych szlachciców, ten musi poprowadzić armię i podjąć próbę uwolnienia królestwa spod jarzma obcego tyrana. Władzę dzierżą najokrutniejsi, a udręczony lud pragnie sprawiedliwości.

Książę bez królestwa, oszukany i zdradzony, staje w szeregach rebelii. Jego sojusznikiem jest młody banita Loghain oraz Rowan - piękna wojowniczka, przyrzeczona mu od urodzenia na żonę.

 Otoczony przez zdrajców i szpiegów Maric musi nie tylko przeżyć, ale wypełnić swoje przeznaczenie: uwolnić Ferelden i przywrócić swój ród na utracony tron."

Informacje:
Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
Tytuł oryginału: Dragon Age: The Stolen Throne
Seria/cykl wydawniczy: Dragon Age tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: październik 2009
Liczba stron: 469


„Dragon Age. Utracony tron” to prequel znanej gry „Dragon Age. Początek”. Pozwala nam zapoznać się z historią, która odbyła się przed jej fabułą. Możemy być świadkami wydarzeń, które zaważyły na przyszłości Fereldenu – jednym z krajów przedstawianego nam świata.

Książka nie wyjaśnia nam praktycznie nic. Od razu zostajemy wciągnięci w niebezpieczne krainy, gdzie toczy się walka między rebelią, a orlesianami o przywrócenie tronu prawowitemu władcy. Nie mamy pojęcia jak zwie się stolica kraju, czym charakteryzują się krasnoludy, elfy. Jakie religie panują w królestwie i kto jest kim. To wielki minus dla każdego czytelnika, który nie miał okazji zapoznać się z grą. Pierwszą postacią, którą poznajemy jest młody chłopak imieniem Maric. Ucieka przed wrogami ogarnięty smutkiem z powodu straty matki Królowej Rebeliantów i tym samym Fereldenu. Spragniony odpoczynku wpada na Loghaina, mężczyzna prowadzi go do ukrytego obozu. Niestety po krótkim czasie zostają zmuszeni go opuścić. Zagubiony książę wraz z towarzyszem ukrywa się pośród najniebezpieczniejszych lasów. Gdy niechcący wpadają na Rowan – przyjaciółkę Marica – zostają doprowadzeni do armii, którą prawowity władca musi poprowadzić. Tylko czy da radę?

„Bo przecież w baśniach wszystko kończyło się dobrze. Bohater wychodził z labiryntu, a potem żył długo i szczęśliwie ze swoją ukochaną. Po trudnościach, zawirowaniach losu zawsze występuje radosne zakończenie”

Ale czy tym razem spotkamy się z ‘happy endem’. Musicie sami się przekonać.

Bohaterowie są barwni, każdy z nich ma wyraźne ukazany charakter. Da się ich polubić, ale nic poza tym. To nie są postacie, które na długo zapadają w głowie. Jedną z tych najważniejszych nie jest tak naprawdę Maric, ponieważ pod względem charakteru to Loghain jest warty uwagi. Dla tych, którzy nie mieli styczności z komputerową wersją to chciałabym zauważyć, że mężczyzna zdradził króla. Nie przysłał posiłków i zostawił władcę tronu na pastwę losu, przy okazji postarał się by podkraść mu koronę. A prequel przedstawia go jako prawdziwego przyjaciela Marica. Historia tej dwójki jest bardzo ciekawa.

Książka nie daje nam odpocząć od akcji. Co chwila coś się dzieje. Opisy walki, czy otoczenia są niestety zbyt ubogie, ale wyobraźnia czytelnika zastępuje to wszystko. Spotykamy się również z wątkiem miłosnym, jest ciągnięty przez całą książkę, tylko niezbyt często wspominany. Zdrady, nieodwzajemniona miłość i kłamstwa. Mieszanka wybuchowa, która trzyma w napięciu.

Jak zdążyliście zauważyć „Dragon Age. Utracony tron” to lektura typu fantasy wypełniona nierealnymi stworzeniami. Autor przedstawia nam całkowicie inny świat, do którego szybko można się przystosować . Książka wciąga, ale nie jakoś wyjątkowo dobrze. Można się od niej oderwać.
Polecam ją fanom tego typu historii, a przede wszystkim graczy „Dragon Age”. Reszta może sobie odpuścić, ponieważ posiada mimo wszystko wiele minusów spowodowanych niedoświadczeniem Davida Gaider’a – w końcu to jego pierwsza powieść. 
„Dragon Age. Utracony tron” to pozycja pisana bez serca mająca na celu rozszerzenie popularności gry, a przynajmniej takie mam wrażenie. Mimo wszystko sięgnę po kolejne części. Nie lubię zostawiać niezakończonych serii.

Ocena: 6/10 


* * *
Jak możecie zauważyć rozciągnęłam trochę skalę oceniania. Spowodowane jest to moimi sprzecznymi uczuciami. Niektóre książki posiadały taką samą ocenę, a były na innym poziomie. A teraz, gdy maksymalna liczna punktów wynosi 10 będzie mi łatwiej wyzbyć się wyrzutów sumienia. : )
W najbliższym czasie recenzja:
Antologia "Maski"
Santiago Posteguillo "Africanus. Syn konsula"

Nadszedł 10 dzień z akcją "30 dni z książkami" mam lekkie opóźnienie. Trudno, ostatnio wisi nade mną chmura zadań do wykonania, a brak czasu bardzo mi doskwiera. Tak, więc dzisiejszą lekturą ma być co jedna z moich pierwszych papierowych cudeniek. Od razu wpadają mi do głowy baśnie braci Grimm. Kocham je, od najmłodszych lat byłam zaczytana w tego typu historiach, przez co wyczekuję księcia na białym rumaku. Ale to dobrze, cieszę się, że miałam styczność z twórczością braci Grimm. Nauczyli mnie wielu ważnych rzeczy :)

23.04 - to Światowy Dzień Książki. Nie jest to dla mnie jakieś niesamowite wydarzenie. W końcu nie ma dnia, w którym nie przeczytałabym chociaż kilku stron. Jednak z tej okazji postanowiłam wpaść to księgarni i z uśmiechem na ustach wyszłam z egzemplarzem "Delirium" autorki Lauren Olivier. 
Musiałam mieć jakiś pretekst do książkowych zakupów :)
Nadeszła pora na książkę, którą czytałam wielokrotnie. Tak naprawdę to bardzo mało jest takich pozycji, wolę poznawać nowe lektury niż ciągle wtapiać się w tę samą. Jednak jest taka cegiełka, która chyba z dziesięć razy znalazła się w moich łapach. Moim rekordem jest przeczytanie jej w 4 godzinki z przerwami. Prosty język, wartka akcja i niesamowici bohaterowie zostawiają ślad po skończonej książce. O czym mowa? "Harry Potter i Insygnia Śmierci".
Dla mnie cała historia znaczy bardzo dużo. To moje dziecięce marzenia zamknięte w tych siedmiu księgach. Młodzi czarodzieje nauczyli nas niepozornie dużo. Cykl jest jednym z moich ulubionych i wiem, że sięgnę jeszcze po niego. I to na pewno nie raz. :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.