Jest 5:38, a ja już na nogach. W trakcie roku szkolnego niemożliwe było wyciągnięcie mnie z łóżka, a teraz? Ale ze mną to już tak zawsze. Wszystko robię na odwrót. 

Bardzo dziękuję za możliwość zabawy w 11 pytań Melanii i Symtuastic, miło,że o mnie pomyślałyście :)

Poniżej podaję zasady:
1.Każda oznaczona osoba musi odpowiedzieć na 11 pytań przyznanych im przez ich "Tagger" i odpowiedzieć na nie na swoim blogu.
2. Następnie wybiera 11 nowych osób do tagu i podaje je w swoim poście.
3. Utwórz 11 nowych pytań dla osób oznaczonych w tagu i napisz je w tagowym poście.
4. Wymień w swoim poście osoby, które otagowałaś.
5. Nie oznaczaj ponownie osób, które już są oznakowane

Pytania od Melanii:


1. woda gazowana czy niegazowana?                            gazowana
2. pomidor czy ogórek?                                                 ogórek
3. spodnie czy spódnica?                                               spodnie
4. James Rollins czy Camilla Lackberg?                     raczej James Rollins
5. urlop - Włochy czy Węgry?                                       Włochy
6. Kubuś Puchatek czy Miś Uszatek?                          Miś Uszatek
7. miód czy cukier?                                                        miód
8. czekolada gorzka czy nadziewana?                           nadziewana
9. seriale telewizyjne - tak czy nie?                               tak
10. czas - zegarek czy komórka?                                   komórka
11. ranek czy wieczór?                                                   wieczór



Pytania od Symtuastic:

1. Rolki czy rower?                                                         rower

2. Poezja czy proza?                                                        proza
3. Fast food czy kuchnia polska?                                   fast food
4. Mozart czy Bach?                                                       Mozart
5. Romans czy horror?                                                    romans (a najlepiej mieszanka wybuchowa                                                                                                            romans + horror)
6. Wampir czy wilkołak?                                                 wampir
7. Ignorancja czy wrażliwość?                                         wrażliwość
8. Patriotyzm czy emigracja?                                          emigracja
9. Tolerancja czy nietolerancja?                                     tolerancja
10. Pędzel czy ołówek?                                                    ołówek
11. Węch czy słuch?                                                         słuch





Nie zapraszam nikogo szczególnego do udziału w zabawie, gdyż trudno mi znaleźć blogera nie posiadającego zaproszenia do 11 pytań. Więc jeszcze raz dziękuję Melanii i Symtuastic :)






Informacje:
Autor: Aubrey Flegg
Tytuł oryginalny: Wings Over Delft
Data premiery: maj 2012
Wydawnictwo: Esprit
Ilość stron: 256
Trylogia Louise tom 1
Czas czytania: 2 dni

Opis wydawnictwa:

Holenderskie miasteczko Delft, połowa XVII wieku. Louise Eeden, córka uznanego projektanta porcelany, doskonale wie, czego oczekuje się od niej ze względu na interesy rodzinne. Kiedy więc ojciec zleca słynnemu artyście, Jacobowi Haitinkowi, wykonanie jej portretu, przystaje na to, choć niechętnie. Godzi się też z myślą, że dla dobra prowadzonej przez ojca firmy ma wkrótce poślubić Reyniera de Vriesa, syna największego producenta ceramiki w Delft.

Sytuacja komplikuje się jednak, gdy w pracowni malarskiej dziewczyna poznaje Pietera, młodego pomocnika mistrza. Dzieli ich religia, majątek, pochodzenie – czy połączy miłość?

Książka Aubrey’a Flegga wprowadza w niezwykły świat XVII-wiecznej Holandii. Portretuje złoty wiek malarstwa, epokę narodzin wielkich mistrzów i rozkwitu gospodarczego, a jednocześnie niepokojów religijnych – znane również z książki Dziewczyna z perłą.

~* * *~
Nigdy wcześniej nie miałam okazji zapoznania się z irlandzką literaturą. Raczej nie byłam nią szczególnie zainteresowana, bo niby dlaczego? Jednak czytając „Skrzydła nad Delft” Aubreya Flegga muszę przyznać, że żałuję tak późnego spotkania z Irlandią. W końcu nauczę się, że warto sięgać po książki pisarzy nie tylko amerykańskich, czy angielskich. 

„Skrzydła nad Delft” rozpoczynają trylogię o losach Louise Eeden. Młodej dziewczynie z dobrego domu. Akcja rozgrywa się w połowie XVII wieku w tytułowym, małym miasteczku Delft. Można powiedzieć, że tam każdy zna każdego, tym samym szybko rozprzestrzeniają się plotki. Louise pada na języki wścibskich sąsiadów, gdyż jest partią „do za mąż pójścia”, a jej przyjaciel z dzieciństwa Reynier DeVriesa wciąż się koło niej kręci.
Jej podejście do całej sytuacji zmienia wizyta u Mistrza, któremu zostało zlecone namalowanie portretu dziewczyny. Tam poznaje jego pomocnika, Pietera. W pewien sposób łączy ich tak dużo jak dzieli. Wydaje się, że to tylko zwykłe romansidło, jednak pozory mylą. „Skrzydła nad Delft” poruszają wiele ważnych czynników. Możemy spojrzeć na różnice religijne, oczami ludzi średniowiecza. Obserwujemy, rozwijające się uczucie, które pomimo piękna, nie jest mile widziane. Patrzymy jak Louise stara się wybrać spomiędzy dwóch ważnych dla niej rzeczy. Kiedyś naprawdę szybko należało dorosnąć, w teraźniejszych czasach jesteśmy uważani za dzieci nawet kończąc to przepisowe 18 lat.

Książka nie jest nastawiona na akcję, chodzi raczej o przesłanie i czytanie między wierszami. Jeśli ktoś lubi historie, które opisują życie codzienne wymieszane z lekkim romansidłem, to szczerze polecam tę pozycję. Czyta się łatwo i szybko. Wiele dopisków wyjaśnia nam nieznane słowa. Opisy otoczenia są barwne, ale nie jest ich dużo. Czytanie o okolicy nie nudzi, a pozwala się wczuć. Dialogi między bohaterami są naturalne, niektóre sceny wywoływały uśmiech, a inne zdziwienie. Mimo wszystko mam wrażenie, że było to stłumione. Jakby autor nie podchodził do pisania emocjonalnie. No właśnie tego mi brakuje – szczerych uczuć, którymi przesiąknięte są strony.

Główna bohaterka, o której przygodach opowiada trylogia, jest postacią, która nie zdobyła mojego serca od pierwszych stron. Musiałam powoli przyzwyczajać się do jej światopoglądu i rozterek, które budziły we mnie raczej negatywne uczucia. Miałam ochotę wywiesić transparent z napisem: kieruj się sercem, a nie rozumem. Jednak wraz ze stronami zaczęłam rozumieć Louise. I urosła ona w moich oczach. Dodatkowo jest raczej niekonwencjonalną dziewczyną. Nudzą ją rozmówki o modzie i chłopcach, za to uwielbia naukę.

Wydanie „Skrzydeł…” jest naprawdę cudowne. Okładka bardzo mi się podoba, niby nie jest specjalna, jednak pasuje do klimatu lektury. Oniemiałam przekartkowując strony. Przed każdym rozdziałem znajduje się mały rysunek przedstawiający, któregoś z bohaterów. Czcionka, nie za mała, nie za duża ułatwia czytanie.

„Skrzydła nad Delft” miały w moim przypadku te lepsze i gorsze chwile. Czasami, gdy nic się nie działo odkładałam książkę i wracałam do niej dopiero następnego dnia. A potem z kolei, tak mnie wciągały, że nie mogłam oderwać nosa od lektury.
Polecam ją czytelnikom nie szukającym ciągłej akcji. Tak jak już wcześniej wspomniałam – „Skrzydła nad Delft” to książka na tzw. „czas relaksu”. Można się przy niej rozluźnić i odpocząć od gwaru miasta.

Ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Esprit :)








Nadszedł czas na podsumowanie pracowitego czerwca. Jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek, to jak zwykle nie jestem zadowolona. Wciąż mi mało :) Jednak tłumaczę sobie, że przez ten miesiąc większość czasu poprawiałam oceny, by "wyjść na prostą". Czy mi się to udało? Raczej tak, chociaż mogło być lepiej. 

Blog został odwiedzony w tym miesiącu to 2869 razy. 
Pojawiło się 19 postów (wraz z tym). Czyli pisałam, ciut więcej, niż w maju. To dobrze, prawda? :)

Po raz pierwszy pojawiły się posty "Niedzieli z Popcornem", niestety tylko dwa. :)

Przeczytałam 13 książek, zrecenzowałam 10. (Niedługo pojawią się opinie na temat trzech pozostałych. "Kosogłos"; "Anielska"; "Skrzydła nad Delft"). 
Wychodzi na to, że przekartkowałam 4404 strony, mniej więcej 146 kartek dziennie. 

W czerwcu furorę zdobyła trylogia "Igrzysk Śmierci", którą miałam nareszcie okazję przeczytać i jestem nią zachwycona. Miło zaskoczyła mnie "Pamięć krwi" Izabeli Degórskiej. Dodatkowo moje serce chwyciło "Hyperversum", które skończyłam na początku tego miesiąca. 

Najsłabszą książką, jaką miałam okazję poznać, przez ostatni czas jest "Scarlett. Pocałunek Demona" Barbary Baraldi. Nie polecam. 

A teraz wyniki ankiety.

"Które z niżej wymienionych stworzeń lubicie najbardziej"
Pierwsze miejsce zdobyły wampiry. (52% głosów)
"Wampir – fantastyczna istota, żywiąca się ludzką krwią, prawie nieśmiertelna, o ludzkiej postaci i charakterystycznych wydłużonych kłach. Wampirom przypisywane są liczne zdolności paranormalne, m.in. regeneracja, hipnoza, wyczulony słuch, niezwykła prędkość."*
I to właśnie ich będzie dotyczyło kolejne pytanie.

Następnie łeb w łeb wędrowały wilkołaki i zmiennokształtni. Drugie miejsce zajmują wilkołaki (27% głosów).
"Wilkołak – w wielu mitologiach (m.in. słowiańskiej i germańskiej) i legendach człowiek, który potrafił się przekształcić w wilka. Był wtedy groźny dla innych ludzi i zwierząt domowych, gdyż atakował je w morderczym szale. Wierzono, że wilkołakiem można stać się za sprawą rzuconego uroku lub po ukąszeniu przez innego wilkołaka. Przeistoczenie w wilka było również możliwe dzięki natarciu się specjalną maścią."*

No i niestety na ostatniej pozycji zmiennokształtni (21% głosów, czyli było blisko).
"Zmiennokształtni -  to istoty potrafiące przy pomocy swoich zdolności w pewien sposób zmieniać swój wygląd. Większość zmiennokształtnych posiada również jedną lub więcej oryginalnych form, czego przykładem są likantropy."**

Dziękuję wszystkim za głosy i zapraszam do udziały w kolejnej edycji "Pytań Bezimiennej" :) 



* informacje z wikipedii
** informacje ze strefy.wiki

Jest 29 czerwca i mogę uznać, że zaczęły mi się wakacje. Pogoda za oknem dopisuje, a plany na te dwa piękne miesiące wchodzą w życie. Nareszcie można poczuć atmosferę luzu i zagłębić się w nowych lekturach. 




Zacznę tradycyjnie od dołu.
1. Jacek Dukaj "W kraju niewiernych" - nie miałam jeszcze styczności z tym autorem, więc zgarnęłam tę książkę z biblioteki. Jest to zbiór opowiadań, więc to raczej lżejsza lektura, choć nigdy nic nie wiadomo :)
2. Eleonora Ratkiewicz "Lare-i-t'ae" - od wydawnictwa Fabryka Słów. Właśnie zorientowałam się, że to druga część cyklu i jestem niepocieszona, gdyż nie czytałam pierwszej. Dlatego zadaję wam pytanie: Jest duża zależność pomiędzy "Lare-i-t'ae" i "Tae ekkejr!"?
3. Tanya Huff "Cena krwi" - od wydawnictwa Fabryka Słów. Mam nadzieję miło spędzić czas przy tej lekturze. Coś wampirzego zawsze znajdzie się w moim stosiku.
4. Charlaine Harris "Lodowaty grób" - wypożyczone z biblioteki. Oczywiście dopiero w domu zorientowałam się, że to trzecia część. Będę musiała nadrobić zaległości w formie ebooków. 
5. Andrzej Pilipiuk "Oko Jelenia. Droga do Nidaros" - również z biblioteki.
6. Gail Carriger "Bezduszna" - naczytałam się wiele recenzji o tej książce, więc gdy zobaczyłam, że pojawiła się w bibliotece to z wielką chęcią ją wypożyczyłam.
7. Aubrey Flegg "Skrzydła nad Delft" - od wydawnictw Esprit. Już przeczytane i może niedługo pojawi się recenzja.
8. Richard A. Knaak "Rozbicie" - trzecia część trylogii i również nie sięgałam po wcześniejsze.

Dodatkowo dochodzą książki od Studia Astropsychologi, które w końcu muszę zrecenzować, ale ochota na nie wciąż nie przychodzi.
1. Dr Ruediger Dahlke "Choroba Twoim przyjacielem - ulecz duszę, ulecz ciało" 
2. Dr Ruediger Dahlke "Oszukując Przeznaczenie - co rządzi Twoim losem"
3. Esther i Jerry Hicks "Proś, a będzie ci dane"


Informacje:
Autor: John Marsden
Tytuł: Jutro
Tytuł oryginalny: Tomorrow, When The War Began
Data premiery: kwiecień 2011
Wydawnictwo: Znak (literanova)
Ilość stron: 272
Seria: "Jutro" tom 1
Czas czytania: 1 dzień
Opis wydawnictwa:

Nie ma już żadnych zasad.

Mam na imię Ellie. Kilka dni temu wybraliśmy się w siedem osób na wyprawę do samego Piekła. Tak nazywa się niedostępne miejsce w górach. Wycieczka była próbą naszej przyjaźni. Niektórych z nas połączyło nawet coś więcej. Szczęśliwi wróciliśmy do domu. Ale to był powrót do piekła. Znaleźliśmy martwe zwierzęta, a nasi rodzice i wszyscy mieszkańcy miasta zniknęli.
Okazało się, że naszego świata już nie ma.
Że nie ma już żadnych zasad.
A jutro musimy stworzyć własne.

Jutro to pierwsza z siedmiu części serii. Kolejny tom ukaże się w czerwcu 2011. Na podstawie książki powstał film Tomorrow, When the War Began.


Wszyscy zachwalają serię „Jutro”. Rzadko kiedy mogłam znaleźć negatywną recenzję tej książki, więc z wielką ochotą i zapałem zaczęłam ją czytać. Mimo wszystko moje oczekiwania były całkiem inne i miałam nadzieję, że pierwsza część „Jutro” przyniesie mi trochę więcej.

Autorem jest australijski  pisarz John Marsden (ur. 27 września 1950r.). Seria, o której wcześniej wspomniałam jest jedną z jego najbardziej znanych dzieł przetłumaczonych na wiele języków. Pierwsza część została wydana w 1993 roku. Dość dawno, prawda? Na nasze półki wskoczyła dopiero w 2011 roku. Duża rozbieżność czasu. Ale tak to już u nas jest, że książki pojawiają się z wielkim opóźnienie. W każdym razie cykl „Jutro” otrzymał wiele nagród i stał się jedną z najbardziej popularnych powieści dla młodzieży.
To wszystko wskazuje na naprawdę genialną książkę, dlatego tak wiele od niej wymagałam.

„Jutro” opowiada o grupce przyjaciół, która wybiera się na wycieczkę do Piekła. Ale spokojnie! To tylko nazwa pewnego miejsca w górach. Spędzają przyjemnie czas na zabawie i spacerach, aż można im pozazdrościć. Jednak, gdy nadchodzi pora powrotu do domu, niektórzy bohaterowie czują niepokój. To uczucie unoszące się w powietrzu, gęsta atmosfera. Ellie-narratorka, miała poczucie, że coś jest nie tak. Miała rację. Wracając natknęli się na ciała zwierząt, które zmarły z głodu, bądź braku wody. A ludzie zniknęli. Grupka dzieciaków musi się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi i walczyć o przeżycie. A wtedy „żarciki” o III wojnie światowej, w ogóle nie śmieszą.

Bohaterowie zachowują się realistycznie. Boją się, pragną by wszystko było snem, a przede wszystkim zachowują zimną krew. Mimo stresu i przerażenia starają się robić wszystko by ujrzeć „Jutro”. I za to trzeba pogratulować autorowi, ponieważ reszta pisarzy zapewne dałaby swoim postaciom karabiny i kazała strzelać do żołnierzy.
Fabuła jest ciekawa i czasem trzyma w napięciu. Niestety, w niektórych momentach powiało nudą, ale to tylko lekki wiatr, który po chwili ucichł. Język jest prosty i nie sprawia problemu, dzięki temu książkę czyta się bardzo szybko. Wręcz mogę powiedzieć, że ją „pochłonęłam”. Spodobała mi się, ale (zawsze jest jakieś „ale”) czegoś mi w niej brakowało. Może to „czasem”, przed „trzyma w napięciu” mi tak bardzo przeszkadza.
Jeden aspekt okropnie mi się nie spodobał. Chodzi o romans między bohaterami. Rozumiem, że to literatura młodzieżowa i takie rozterki typu „którego chłopaka wybrać” należy wrzucić do kotła by otrzymać, coś co spodoba się każdemu. Jednak w „Jutrze” było to dość nienaturalne. W końcu jest wojna, a jedna z głównych bohaterek ma taki „problem”. Mimo wszystko przełykam z trudem i wybaczam to niby przewinienie.

Książkę polubiłam przez moje rozmyślania „co by było gdyby…”. Jak ja zachowałabym się w takiej sytuacji jak oni? W końcu nikt nie jest tego pewien, a obserwowanie młodziaków bardzo mi się podobało. Lubię tego typu powieści osadzone w realiach, chociaż rzadko po nie niestety sięgam.

„Jutro” nie wiem czemu, kojarzyło mi się z „GONE”. Miała wrażenie, że to dość podobne historie i z jednej strony nie myliłam się. W końcu przedstawiają nastolatków walczących o przeżycie, ale „Jutro” jest bardziej realistyczne. Nie ma tam wątku dotyczącego paranormalnych mocy. I dobrze. Mimo wszystko „GONE” bardziej przypadły mi do gustu.

Nie wiem, czy książka zasłużyła na takie oklaski, jakie otrzymała. Może moje wątpliwości rozwieją kolejne części, po które może kiedyś sięgnę.
W każdym razie polecam „Jutro”. Mimo jakichś niedociągnięć jest przyjemną lekturą. :)

Ocena: 7/10

„Przyszłość to przyszłość. Sama o siebie zadba.”










Informacje:
Autorka: Jodi Picoult
Tytuł: Czarownice z Salem Falls
Tytuł oryginalny: Salem Falls
Data premiery: styczeń 2008
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 488
Czas czytania: 3 dni

Opis wydawnictwa:
Jack St. Bride, nauczyciel w prywatnej szkole dla dziewcząt, nie ma innego wyjścia - musi całkowicie zerwać ze swoim dawnym życiem, które legło gruzach z powodu zakochanej w nim uczennicy. Szukając miejsca, w którym mógłby się ukryć i pogrzebać przeszłość, trafia do sennego miasteczka Salem Falls w Nowej Anglii. Powrót do nauczania nie wchodzi w grę, zostaje więc pomywaczem w małej restauracji należącej do Addie Peabody. Wkrótce między właścicielką a skromnym, bezpretensjonalnym Jackiem rodzi się uczucie. Niestety, w sielskim miasteczku mieszka też czwórka skrywających mroczne tajemnice nastolatek, które obierają sobie Jacka za cel niecnych knowań. Rozpętuje się współczesne polowanie na czarownice i Jack po raz kolejny musi walczyć z wymiarem sprawiedliwości oraz z uprzedzeniami.


„Każdy uczynek wraca do człowieka po trzykroć - zarówno ten dobry... jak i zły”

„Czarownice z Salem Falls” to moje pierwsze spotkanie z Jodi Picoult i muszę przyznać, że udane. Z początku nie wiedziałam czego mam się spodziewać, lecz już od pierwszych stron zostałam wciągnięta w fabułę książki i nie mogłam się wydostać z pośrod życia głównych bohaterów.

Jodi Picoult to autorka, o której zapewne każdy z was słyszał. Chyba najgłośniejszą jej powieścią jest „Bez mojej zgody”, która została wydana w 2004 roku, a zekranizowana w 2009r. Mam nadzieję obejrzeć ten film w najbliższym czasie, ponieważ po tej lekturze bardzo mnie do niego ciągnie.

Historia jaką przekazuje nam Jodi Picoult jest z życia wzięta. Opowiada o Jacku St. Bride, który kiedyś był nauczycielem historii w prywatnej szkole dla płci pięknej. Jednak został on oskarżony o spouchwalanie się ze swoją uczennicą i przez to trafił za kratki na 8 miesięcy. Oczywiście był niewinny, ale tak to już system działa, że karze osobę, która nie złamała żadnego prawa. Tym razem pragnie zacząć wszystko od nowa i z niczym kieruje się w nieznane strony. W końcu natrafia na Salem Falls – mała mieścinkę w Nowej Anglii. Znajduje pracę w barze u Addie Peabody i właśnie w tym momencie jego życie zaczyna zmieniać się na lepsze. Jack uwalnia wszystkie uczucia, które kłębią się w jego sercu i stara się być szczęśliwym. Jednak jak to w małych mieścinach bywa, zaczynają rozprzestrzeniać się plotki. Mieszkańcy Salem Falls dowiadują się o zbrodni, za którą został skazany i pragną go wypędzić. Addie wierzy w niewinność Jacka w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa. Lecz po pewnej kłótni życie głównego bohatera staje się piekłem.

„Czarownice z Salem Falls” wywołały u mnie wiele emocji. Byłam wzruszona, wzburzona i w pewien sposób szczęśliwa. Jodi Picoult doskonale przedstawiła uczucia ludzi, miałam wrażenie, że czytam o postaciach, które naprawdę żyły. Spodobały mi się charaktery głównych bohaterów i nie tylko. Addie, to naprawdę specyficzna osobowość. Dodatkowo dochodzi tajemniczy Jack, przez którego mamy ochotę dowiedzieć się co dalej i poznać jego przeszłość. Sposób pisania autorki jest prosty i zrozumiały. Z łatwością czytało mi się „Czarownice…” i w sumie żałuję, że skończyłam tę książkę w takim tempie. Byłam tak wciągnięta, że straciłam poczucie czasu. Oczywiście jak w każdej książce były momenty, które mnie trochę nudziły, ale było ich mało.

Jodi Picoult kojarzy mi się z dramatami, historiami, z którymi można spotkać się na co dzień. Cóż, na pewno „Czarownice z Salem Falls” nie należą do tej drugiej grupy. Jednak jest to typowy dramat,  na którym można wylać łzy. Czy mi to przeszkadzało? W żadnym stopniu. Przy lekturze mogłam na nowo docenić to co mam.

Ciekawy był również wątek czarownic, czyli grupki dziewczyn, które interesują się wiccą. To było jak wisienka na torcie. Z początku nie mogłam się do niej przekonać, lecz gdy już zaznałam jej smaku, pożarłam jak resztę tortu. Muszę przyznać, że wszystko w tym cieście było bardzo dobre.

Oczywiście polecam tę lekturę, ale starszym i dojrzalszym czytelnikom. To nie jest byle jaka historia i wydaje mi się, że wszystkie powieści Jodi Picoult nie są właśnie takie jak wcześniej wspomniałam. Mam wrażenie, że ta autorka zachwyci mnie jeszcze niejedną książką i mam zamiar przekonać się o tym na własnej skórze.

Ocena: 8/10

„W życiu liczy się tylko jedno – to, co po sobie pozostawisz. Nie słowa mają największe znaczenie, ale czyny.”





Informacje:
Autorka: Barbara Baraldi
Tytuł: Scarlett. Pocałunek Demona
Data premiery: 30 marca 2012r.
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 336
Czas czytania: 1 dzień 

Opis wydawnictwa:
Znowu zaczyna się szkoła, ale w tym roku Scarlett wyjątkowo się z tego cieszy. Będzie mogła spędzić czas ze swoimi przyjaciółkami i wreszcie zakończyć wakacje, które dla niej naznaczone były tęsknotą ; jej chłopak Mikael, musiał wyjechać, aby dopełnić swych obowiązków Strażnika i przywrócić równowagę między światem ludzi i światem Demonów.

Podczas imprezy na koniec wakacji, w jednym z namiotów zostaje znaleziona martwa dziewczyna. Przyczyną jej zagadkowej śmierci okazuję się utonięcie. Wygląda na to, że starożytny potężny Demon obudził się w wodach jeziora. Scarlett, nie mając u boku Mikaela, może polegać tylko na Vincencie, fascynującym Pół-Demonie Zemsty. Czy może mu zaufać ? I jakim kosztem ?


Ponownie spotykam się ze „Scarlett” i po raz kolejny jestem zawiedziona twórczością Barbary Baraldi. „Scarlett. Pocałunek Demona” ma o wiele więcej minusów, niż plusów, dlatego też od razu informuję, że książki nie polecam czytelnikom pragnących czegoś więcej niż niedojrzałej, młodzieńczej „miłości”.

Czytając książki Barbary Baraldi zadaję sobie pytanie: Kto uważa ją za „jedną z najważniejszych autorów nowego nurtu włoskiej powieści gotyckiej”? Przez to okropnie zraziłam się do literatury włoskiej i najprawdopodobniej przez dłuższy czas po nią nie sięgnę.

Z pierwszej części wiemy, że główna bohaterka – tytułowa Scarlett zostaje rozdzielona ze swoim chłopakiem Mikaelem, który zostaje zmuszony dopełnić obowiązki Strażnika. Dziewczyna popada w melancholijny stan i ogarnia ją przenikliwy smutek, który autorka opisuje przez większą część książki. Tak, powiało nudą.
Scarlett jest bezbronna, a w około zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Okazuje się, że pewien Demon został przebudzony i morduje młode dziewczyny w sposób dość przerażający. Główna bohaterka czeka na powrót ukochanego, ale czy zdoła być mu wierną, gdy na horyzoncie czai się przystojny Pół-Demon Vincent? Okazuje się, że relacje między tą dwójką diametralnie się zmieniają i są sobie bliżsi niż kiedykolwiek.

Pierwszą rzeczą, którą poruszę jest właśnie ta oklepana fabuła. Nagle dwójka zakochanych zostaje rozłączona, następnie pojawia się osoba trzecie i powstaje tzw. trójkąt miłosny. Wątek romantyczny jest tak sztuczny jak dialogi prowadzone przez bohaterów. Wynika to z charakteru głównej bohaterki, która pomimo tego, że ma 16 lat zachowuje się jak całkowicie niedojrzała 12-latka. Jej „wielka miłość” do Mikaela jest wymuszona. Najbardziej realistyczną postacią z całej książki jest Vincent, którego to osładzanie autorki nie dopadło. Widać w nim cechy ludzi, z którymi spotykamy się w życiu realnym, a nie w bajkach dla dzieci.
Jeśli chodzi o tajemniczego i morderczego Demona. Cóż, Barbara Baraldi moim skromnym zdaniem powinna skupić się właśnie na nim, niż smutku Scarlett. Ten wątek miał potencjał i został on nie wykorzystany tak jak powinien. Zbyt mało akcji, zbyt szybkie dojście do prawdy.

„Scarlett. Pocałunek Demona” jest pisana prostym słownictwem, które nie sprawia problemu. Niektóre opisy i porównania autorki naprawdę mi się podobały i wprowadzały w nastrój pozwalający wczuć się w akcję. Niestety po kilku zdaniach wkraczała Scarlett, która jak zawsze nosi swoje „all stary” i „bluzę z kocimi uszkami”. Nawet nie liczę ile razy Barbara Baraldi wspomniała o tych ciuchach czytelnikom. W pewnym momencie, czytając o ubiorze głównej bohaterki, wydobywało się ze mnie parsknięcie. Cieszę się, że autorka nie informowała nas jakie skarpetki nosi bohaterka.

Mam wrażenie, że książka powinna powędrować do odbiorców niewymagających i na pewno tych młodszych pań, które pragną banalnej „love story” z odrobinką paranormalu. Mimo, że niektóre sceny całkowicie nie pasują do tego typu czytelników. Sama nie wiem co chciała osiągnąć Barbara Baraldi tą serią. Upokorzyć się?

Nie polecam. „Scarlett. Pocałunek Demona” w ogóle nie trzyma poziomu. To kiepska książka, na którą najzwyczajniej szkoda czasu. W każdym razie jeśli ktokolwiek zabiera się za tę lekturę pamiętajcie, że ostrzegałam.

Ocena: 2/10






Data premiery: 2005 r.
Wydawnictwo: Noi sur Blanc
Liczba stron: 170
Czas czytania: 3 dni
Więcej informacji >tutaj<.

 „Cosmopolis” jest książką, za którą zabierałam się z uśmiechem na ustach. Spodziewałam się po niej wielu rzeczy, ale żadnej z nich nie otrzymałam. To lektura, która może zaskoczyć czytelnika, ponieważ jest całkowicie inna i niewyobrażalnie kontrowersyjna.

Don DeLillo (ur. 20 listopada 1936) ma na swoim koncie wiele książek, a większość z nich została wydana przez Noir sur Blanc. „Cosmopolis” jest jego trzynastą, ale czy pechową? – książką. Historia opowiada o Ericu Packeru, który jest 28-letnim miliarderem. Jego życie powinno być dość sielankowe, ale wydaje się ono najzwyczajniej puste. Żona, której praktycznie nie zna i na pewno nie darzy uczuciem. Wokół dziesiątki ochroniarzy gotowych oddać swoje życie, byle tylko ochronić tzw. szychę. Nie potrafiłabym przebywać w takim otoczeniu. A staje się o wiele gorzej, gdy w Korei zostaje zamordowany Arthur Rapp. Ludzie są przekonani, że jest to kolejny zamach, a kolejną ofiarą może być właśnie Eric. Główny bohater utknął w samym środku miasta, a tam wędruje orszak, który wywołuje zamieszki.

„Cosmopolis” jest specyficzną i dość trudną lekturą. Czytelnik musi skupić się na słowach i spróbować czytać między wierszami. Wiele czasu spędziłam z tą książką mimo niecałych 200-stron i nadal mam wrażenie, że nie zrozumiałam przekazu Dona DeLillo. „Cosmopolis” nie wywołało u mnie żadnych emocji. Czytałam bez mrugnięcia okiem, ale trudno znaleźć jakiekolwiek uczucia w  książce, której główny bohater jest tak ciepły jak lodowiec. Tak jak wcześniej wspomniałam. To trudna lektura i słownictwo w niej zawarte może być często niezrozumiane, chociaż nie miałam z nim większych problemów.

Co jest najlepsze w „Cosmopolisie”? Nie wiem. Książka przedstawia w najgorszy sposób nasze otoczenie, ponownie spotykamy typowego „złego bogacza”, którego wizerunek jest już nudny. W końcu ile można spotykać się z tym samym. Wydaje mi się, że plusem lektury jest prowokacja czytelnika. Dziwne, prawda? Jednak dzięki temu można się wciągnąć, ponieważ chce się wiedzieć, czym zaskoczy nas autor.

Mam nadzieję, że ekranizacja „Cosmopolis” będzie lepsza od lektury i może niektóre wątki będą jaśniej ujęte. Premiera już za dwa dni (22 czerwca) i mam prawdziwą ochotę obejrzeć ten film. Książka jest jak dla mnie „do zapomnienia”. Może film wywoła u mnie więcej pozytywnych wrażeń.

Póki co polecam „Cosmopolis”, ale nie uważam by była to lektura warta czasu.

Ocena: 5/10

Dziękuję za możliwość zaczytania się w "Cosmopolis" 

Zapraszam do obejrzenia trailera filmu :)



Premiera: 20 stycznia 2012 (Polska)
Produkcja: USA
Gatunek: Horror, Akcja
Czas trwania: 1 godz. 28 min


„Underworld: Przebudzenie” jest kontynuacją trylogii, która nawiasem mówiąc jest jedną z tych, które bardzo lubię. Opowiada o dwóch rasach: wampirów i lykanów (inaczej wilkołaków). Główna bohaterka Selene jest przedstawicielem tej pierwszej. Z wcześniejszych części wiemy, że to doskonała zabójczyni i dodatkowo "otrzymała" dar chodzenia po słońcu. Ale jej dokładniejszy opis później.

Na samym początku Selene ma zamiar uciec ze swoim ukochanym Michaelem (hybrydą). Jednak coś idzie nie tak. Ludzie dowiadują się o stworzeniach nocy i zaczynają je tępić. Dochodzi do Czystki, która ma na celu pozbycie się wszystkich nieludzi. Para zostaje zaatakowana, a ich ucieczka nie udaje się.
Selena (Kate Beckinsale) budzi się 12 lat później w laboratorium. Coś umożliwia jej ucieczkę, więc chętnie z niej korzysta. Jednak ma nadzieje, że to Michael, gdyż wszystkie poszlaki prowadzą właśnie do jego osoby. Wampirzyca spotyka młodą dziewczynkę Eve, która jak się okazuje jest jej dzieckiem. To pierwsza na świecie urodzona hybryda, a lykanie chcą ją pod swoim skrzydłem. Dlaczego? Dzięki jej DNA zostaną niepokonani.

Fabuła nie jest oryginalna. Tak naprawdę nie wiem, czy można to nazwać fabułą. Scenariusza praktycznie brak. Bohaterowie nie mówią zbyt dużo. Zazwyczaj są to tylko kwestie wymuszone. Muszą się porozumiewać, ponieważ powinni. Film opiera się raczej na akcji i rozlewie krwi. W praktycznie każdym ujęciu walki leje się potok czerwonej substancji. Ale tak chyba zawsze było w „Underworld”. Efekty specjalne są oczywiście na wyższym poziomie niż we wcześniejszych częściach, ale jednak nie tak dobre jak na nasze czasy mogłyby być. Niektóre momenty wyglądały dość sztucznie, a trzeba przyznać, że we współczesnym kinie rzadko kiedy możemy spotkać się z takim minusem. Technika idzie do przodu, prawda?

India Eisley - Eve

Jeśli chodzi o obsadę. Najczęściej widać Kate Beckinsale, która gra główną bohaterkę i muszę przyznać, że to dobra aktorka i świetnie pasuje do tej roli. Niestety reszta nie jest godna wspomnienia słowem. Delikatnie mówiąc nie są oni praktycznie zauważani. 

Chyba jedynym czarem całej tej serii jest właśnie Selena. Wampirzyca o krótkich czarnych włosach, niesamowicie niebieskich oczach i genialnym charakterze. A jej ubiór? Ponętny gorsecik i obcisłe lateksowe spodnie i długie glany. Trzeba przyznać, że jej wygląd na plakacie naprawdę zachęca do obejrzenia filmu, ponieważ wampiry właśnie w takim wydaniu są pożądane. Większość raczej nie przepada za tymi „świecącymi się jak brokat”. W końcu dlaczego nazywamy je dziećmi nocy? „Underworld” przynosi nam właśnie krwiopijców, których starsi odbiorcy sobie wyobrażają. Przerażające kły, lodowate oczy, żądne krwi.

Kate Beckinsale - Selene

„Underworld: Przebudzenie” jest filmem, który polecam w związku z moją sympatią do tej serii. Mimo wszystko moim zdaniem część trzecia „Underworld: Bunt Lykanów” jest najlepsza z wszystkich, które do tej pory wyszły i będę trzymać się tego zdania przez długi czas.

Ocena: 6/10



Data premiery: 28 czerwca 2011
Wydawnictwo:  Zysk i Spółka
Liczba stron: 336
Czas czytania: 2 dni
Więcej >tutaj<.


Wampiry we współczesnej literaturze są powszechnie znane. Wchodzisz do byle jakiej księgarni i napotykasz wzrokiem jedną z wielu pozycji, która zawiera krwiopijców. Jednak wampiry według polskiej autorki wydawały mi się odskocznią od schematycznych paranormalnych romansów, z którymi najczęściej się spotykam. Dlatego też, gdy „Pamięć krwi” Izabeli Degórskiej pojawiła się na półce „Nowości” w mojej bibliotece, od razu po nią chwyciłam.

Główną bohaterką powieści jest Milena Chmielnik, dziennikarka mieszkająca w Szczecinie. Poszukuje informacji do nowego reportażu i wpada na ślady morderstw w podziemiach. Wszystko idzie w normalnym tempie, gdy nagle każdy element jej życia przewraca się do góry nogami. Odwiedza Darka, swojego byłego chłopaka, ze względu na jego siostrę, która najzwyczajniej w świecie zamartwia się o niego. Spotkanie kończy się nocną przygodą dwójki bohaterów, a Milena nie wychodzi z mieszkania Darka taka jak wcześniej.
Dziewczyna przechodzi transformacje w wampira. Jest zdezorientowana, ponieważ podejrzewa kim się staje, ale nie chce przyjąć tego do wiadomości. Dzięki temu staje się dość wiarygodną postacią. Tym samym okazuje się, że nie jest taka jak inni. Może poruszać się w słońcu, a srebrne przedmioty nie są jej straszne. Z początku myślałam, że Pani Degórska najzwyczajniej w świecie ułatwiła sobie robotę i Milena będzie mogła chodzić tak po prostu do pracy i nic szczególnego się nie stanie, lecz autorka miała inny pomysł. Główna bohaterka została wciągnięta w walki w podziemiach Szczecina. Czy wyjdzie z tego cało?

Fabuła jest dość ciekawie skonstruowana, jednak w niektórych momentach miałam ochotę odłożyć książkę, gdyż mnie po prostu nudziła. Na szczęście po chwili akcja wracała, wraz z chęcią czytania. A to wszystko dzięki mieszance tajemnic i tej nienaturalnej atmosfery. Izabela Degórska wpadła raczej na oryginalny pomysł. Nie spotkałam się jeszcze z taką wampirzą powieścią, dlatego cieszę się, że miałam okazję przeczytać „Pamięć krwi”.

Z tyłu okładki widnieje napis „Dzieje się tak, gdyż Milena nosi w sobie zagadkę nieśmiertelności – zagadkę krwi”. Niestety ten jakże ciekawy wątek nie był specjalnie rozwinięty, a wydawał się fundamentem całej lektury. Miejmy nadzieję, że czegoś więcej dowiemy się w kolejnych częściach – jeśli takowe w ogóle będą. Niestety informacje na ten temat nie są mi znane.

Jeśli chodzi o główną bohaterkę to nie mam do niej zastrzeżeń oprócz tego, że często ląduje w łóżku z praktycznie nie znanym jej mężczyzną. Mimo tego da się ją polubić. To silna kobieta, która wie czego chce od życia i nie zna strachu. W końcu znalazła się na celowniku jednego z potężniejszych wampirów w Szczecinie. Milena to sympatyczna postać i jestem ciekawa jej dalszych przygód.

Okładka przedstawia zapewne Milenę Chmielnik i trzeba przyznać, że przyciąga ona wzrok. Kobieta z przymkniętymi oczami i delikatnie rozszerzonymi ustami. Do tego krople krwi spływające po jej twarzy. „Pamięć krwi” aż promieniuje aurą tajemniczości.

Z początku do polskich wampirów podchodziłam z lekką niepewnością, gdyż literatura ojczystego kraju nie jest mi zbyt bliska. Zraziłam się i to nie raz i tak jakoś mi zostało. Jednak Izabela Degórska spowodowała, ze zatliła się we mnie jakaś nadzieja i może w najbliższym czasie sięgnę po coś rodzimego. Ale nie będę tylko i wyłącznie zachwalać „Pamięci krwi”. Wiele rzeczy nie podobało mi się. Szczególnie te naciągane sceny łóżkowe, które autorka mogła sobie darować. Nie wtrącały one nic do fabuły i nie były uprzyjemnieniem czytania. Wcześniej wspomniałam, że książka czasem nudziła, a dodatkowo czegoś mi po prostu brakowało. To ponownie „to coś” czego nie da się określić. Mimo kilku niedociągnięć jestem na „tak”.

Książkę mogę polecić maniakom krwiopijców, oraz tym, którzy chcieliby rozwiązać jakąś tajemnicę. To pozycja raczej dla starszych odbiorców, ze względu na kilka scen, które można by było ocenzurować. „Pamięć krwi” czyta się łatwo i szybko. Jednak jest to lektura, która nie zostaje w głowie na dłuższy czas.

Ocena: 7/10



Obsługiwane przez usługę Blogger.