Czytając opis "Utraty" wiedziałam, że będzie to książka dla mnie. Ostatnio wprost szaleję za new adult i póki co nie wyobrażam sobie przeczytania powieści z innej kategorii. Liczyłam, że Rachel Van Dyken stworzy historię, która wstrząśnie mną i na długo zapadnie w mojej pamięci. Czy podołała zadaniu? Sami zobaczcie.
Główna bohaterka, Kiersten, nie jest typową dziewczyną. Nie martwi się o ubiór, imprezy, czy brak faceta. Nadal żyje tragedią sprzed dwóch lat, w której zginęli jej rodzice. Dziewczyna nie potrafi się pozbierać. Gdy poznaje Wesa, pewnego przystojnego i zabawnego faceta, liczy na to, że to właśnie on pomoże jej ponownie zaznać życia. Niestety Wes skrywa własną tajemnicę. Czy uda mu się pomóc Kiersten, czy to on sam będzie potrzebował jej wsparcia?
Fabuły "Utraty" nie można nazwać oryginalną. To typowy schemat new adult, gdzie główni bohaterowie mają własne problemy, bądź ciągnącą się za nimi przeszłość. Właśnie dlatego powieści tego typu się kocha, albo nienawidzi. Tak jak pisałam wcześniej uwielbiam książki z tego gatunku. Nigdy się przy nich nie nudzę i zawsze wciągają mnie od pierwszych stron. "Utrata" nie jest wyjątkiem. Rachel Van Dyken stworzyła naprawdę ciekawą fabułę, mimo tego, że kilka rzeczy mi w niej przeszkadzało. Uważam, że autorka powinna bardziej rozwinąć całą historię. Chciałabym poznać przeszłość i problemy innych bohaterów, nie tylko Kiersten i Wesa. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach będzie to możliwe.
Jeśli chodzi o romans między bohaterami, jak na moje gusta, był on zbyt przesadzony, a raczej przesłodzony. Przyznaję, że tego się nie spodziewałam, biorąc pod uwagę opis wydawnictwa. Ta dwójka pasowała do siebie zbyt idealnie i tak naprawdę nie miała problemów w związku jak to w new adult bywa. Zero kłótni, zazdrości, nieufności i tym podobnych. Przez to historia wydawała się trochę nierealna. Zakończenie było tak banalne, że gorszego zrobić się nie dało. Tak naprawdę Rachel Van Dyken nastawiła się na uroczą historię, która ma podnosić na duchu i dawać nadzieję. Wielu osobom nie przypadnie ona do gustu, a reszta będzie uwielbiać tę słodycz. Mimo wszystko ta powieść jest warta uwagi.
"Utrata" wywołała u mnie wiele emocji. Śmiałam się jak głupia z wypowiedzi Wesa i płakałam jak dziecko podczas najgorszych momentów. Autorka naprawdę wie jak igrać z uczuciami czytelnika i za to należy się ogromny plus.
Rachel Van Dyken stworzyła naprawdę ciekawą powieść new adult. Nie była ona najlepsza, jaką miałam okazję przeczytać, ale na pewno dobra. Z chęcią sięgnę po kontynuację serii "Zatraceni", jestem ciekawa jak potoczą się losy Kiersten i Wesa, oraz innych bohaterów.
Jeśli macie ochotę na lekką lekturą to ten tytuł będzie dla was idealny. Polecam!
Ocena: 7/10
Data premiery: 9 kwietnia 2014
Wydawnictwo: Filia
Cykl: "Opowieść Penryn o końcu świata" #2
Drugi tom z serii "Opowieść Penryn o końcu świata" mam na swojej półce od długiego czasu. Jednak za każdym razem miałam coś innego do poczytania, brakowało mi ochoty na ten tytuł i tym podobne. Lecz, gdy w końcu złapałam "Angelfall. Penryn i Świat Po" przypomniało mi się jak genialną autorką jest Susan Ee. Od razu zostałam wciągnięta do świata, gdzie ludziom zagładę przyniosły anioły.
Penryn odzyskała siostrę, jednak nie na długo. Paige po raz kolejny znika, tym razem z własnej woli. Starsza siostra przemierza ulice zniszczonego San Francisco, mając nadzieję trafić na ślad dziewczynki. Niestety podczas wyprawy zostaje złapana przez Szarańczaki i zamknięta w celi w Alcatraz. Jak ma dostać się do Gniazda, by uratować siostrę?
Susan Ee od razu wciąga nas w wir wydarzeń. Czytelnicy I tomu zdają sobie sprawę, że w "Angelfall" zawsze coś się dzieje. Autorka nie pozwala nam odpocząć nawet na minutę. Akcja jest wartka i urozmaicona. Mam wrażenie, że przy "Angelfall. Penryn i Świat Po" nie da się nudzić. Fabuła jest rozwinięta, jednak nie możemy myśleć o wielowątkowości. Penryn pcha do przodu jeden konkretny cel, a my podążamy za nią. Ten mały minusik nie psuje zabawy z lektury. Kolejną sprawą, która nie przypadła mi do gustu była ponowna pogoń za Paige i kolejna wizyta w Gnieździe. Powtórka z rozrywki i tyle. Nie za bardzo mi to odpowiadało. Sądziłam, że Susan Ee wpadnie na ciekawszy pomysł.
Autorka jest mistrzynią jeśli chodzi o tworzenie klimatu i atmosfery grozy. Czytając "Angelfall" wyobrażałam sobie ten postapokaliptyczny świat. Przemierzając San Francisco z Penryn czułam, że wciąż jesteśmy w niebezpieczeństwie. To jest ogromny plus tej trylogii. Pierwszy raz w życiu w książce młodzieżowej spotykam się z tak wspaniale wykreowanym światem.
Penryn jest dzielną młodą dziewczyną, której nie da się nie polubić. Potrafi odnaleźć się w tak przerażającej rzeczywistości i nieźle sobie radzi. Bohaterów również można określić jako plus tej powieści. Każdy z nich jest inny, są barwni, nie nudzą się i zaskakują. Szczególnie matka Penryn.
W "Angelfall" romans nie gra pierwszych skrzypiec. Niektórym się to spodoba, ale ja czuję niedosyt. Za mało romantycznych chwil zostało przypisanych Raffe i Penryn. W tej części bardzo brakowało mi przystojnego archanioła.
"Angelfall. Penryn i Świat Po" to książka, której nie można określić jako schematyczną. Pośród książek o aniołach jest naprawdę wyjątkowa. Przyznam, że jestem zachwycona pomysłem autorki, na którym opiera się cała trylogia. Złe anioły? Nie wiem jak wam, ale mnie to pasuje.
Susan Ee stworzyła świetną kontynuację i już nie mogę się doczekać kolejnego, tym samym ostatniego tomu. Jestem ciekawa jakie zakończenie przyszykowała i czym nas jeszcze zaskoczy. "Angelfall" polecam wszystkim. To książka naprawdę warta uwagi. Jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszego tomu, to nadrabiajcie zaległości!
Ocena: 8/10
"Opowieść Penryn o końcu świata":
Angelfall / Angelfall. Penryn i Świat Po / Angelfall. End of Days
Data premiery: 4 lutego 2015
Wydawnictwo: Otwarte
Cykl: "Hopeless" #2
"Losing Hope" to kontynuacja powieści "Hopeless", którą miałam okazję przeczytać jakiś czas temu. Nie była to jedna z najlepszych książek typu new adult, jednak zapadła mi w pamięć. Mimo tego długo zastanawiałam się czy sięgnąć po drugi tom. Nie przypadł mi pomysł autorki, co do opisania tych samych zdarzeń z punktu widzenia Holdera. Zwykła ciekawość zmusiła mnie do sięgnięcia po"Losing Hope". Czy był to czas stracony?
Głównym bohaterem powieści jest Dean Holder, który ma za sobą ciężkie przeżycia. Gdy był dzieckiem stracił swoją najlepszą przyjaciółkę, która została porwana i nigdy jej nie odnaleziono. Chłopiec patrzył jak odjeżdża samochodem z obcymi ludźmi i nic nie mógł zrobić. Po wielu latach jego siostra bliźniaczka popełnia samobójstwo. Uważa, że te dwa zdarzenia to tylko i wyłącznie jego wina. Według niego nie zaopiekował się bliskimi osobami w odpowiedni sposób. Poczucie winy powoli wykańcza Holdera.
Wtedy w zwykłym supermarkecie spotyka osobę, która na zawsze ma odmienić jego życie. Sky, bo tak ma na imię dziewczyna, przewraca jego świat do góry nogami, a Dean odzyskuje nadzieję.
Po raz kolejny Collen Hoover, chce nas wykończyć emocjonalnie. Powracamy do historii z "Hopeless", tylko tym razem autorka pozwala nam poznać więcej szczegółów i ciekawostek dotyczących Sky, Holdera i Les. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć postacie i uczucia, które nimi kierowały.
Nie mogłam się wciągnąć w tę powieść. Bardzo ciężko mi się ją czytało mimo prostego i przyjaznego języka. Nie miałam ochoty po raz kolejny wracać do tej historii i ponownie czytać te same dialogi. Oczywiście "Losing Hope" otwiera nam drzwi do wielu innych drugoplanowych zdarzeń, tylko nie jestem przekonana czy było to potrzebne. Ciekawostką są listy Holdera do jego siostry, w których opisuje swoje uczucia i przemyślenia dotyczące Sky. Oprócz tego ta powieść nie wnosi nic nowego.
Niestety "Losing Hope" nie spodobało mi się tak jak "Hopeless". Książka była męcząca, nudna i jak dla mnie niepotrzebna. Zdaję sobie sprawę, że wielu fanów pierwszego tomu nie wyobraża sobie życia, bez "Losing Hope", jednak ja do nich nie należę. Tę lekturę mogę polecić tylko i wyłącznie wielkim zwolennikom Holdera. Tym, którzy nie przepadają za "Hopeless" mogę spokojnie powiedzieć, że powinni darować sobie kontynuację.
W styczniu udało mi się przeczytać 8 książek. Wynik nie jest zachwycający, ale mimo tego jestem zadowolona. Ulubionymi lekturami miesiąca zostały "Powód by oddychać" i "Tak blisko". Obie książki poruszają ciężkie tematy, lecz głównie są romansem. Miło spędziłam przy nich czas, więc polecam! Niestety "Syrena" nie przypadła mi do gustu, jestem już za stara na tego typu powieści, więc dodaję ją na półkę wymiankową LC. To samo z "Księgą Portali" - tytuł nie dla mnie.
A jak Wy spisaliście się w styczniu? Mam nadzieję, że poszło wam lepiej, niż mnie :)
Data premiery: 6 lutego 2013
Wydawnictwo: Jaguar
Cykl: "Kontury serca" #1
Wiele razy spotykałam się z okładką książki "Tak blisko", jednak nie byłam pewna, czy kiedykolwiek po nią sięgnę. Nagle zaczęło mi ją polecać wiele osób, więc po tak długim czasie unikania jej, w końcu wzięłam ten tytuł w swoje łapki. Uwierzcie, że nie pożałowałam. Ta lekka i intrygująca książka umiliła mi kilka wieczorów i popołudni.
Jacqueline przeżywa teraz ciężkie czasy. Jej chłopak Bradley zerwał z nią po trzech latach związku, w który bardzo się zaangażowała. Dodatkowo nie dał jej, żadnego konkretnego powodu. Dziewczyna jest załamana. Kolejne wydarzenia jeszcze bardziej ją dobijają. Wracając z imprezy zostaje zaatakowana przez przyjaciela swojego byłego, Bucka, który próbuje ją zgwałcić. Na szczęście na miejscu pojawia się Lucas, tajemniczy chłopak ratuje ją z opresji. Między nimi tworzy się pewna więź, jednak ten skrywa wiele tajemnic, które nie pozwalają im się połączyć.
"Tak blisko" to książka z typu new adult, za którym ostatnio szaleję. Potrzebne są mi chwile relaksu, a tego typu lektury jak najbardziej się do tego nadają. Tammara Webber wita nas z impetem, od razu zostajemy zalani falą wydarzeń i nawet nie wiemy kiedy zostajemy wciągnięci do świata Jacqueline.
Ciągle coś się dzieje. Akcja jest wartka, a autorka dokłada nam do tego garść sekretów i intrygujących tajemnic. Tej lektury nie można odłożyć na bok. Czytałam ją w każdej wolnej chwili i wciąż było mi mało. Fabuła jak na książkę młodzieżową jest bardzo rozwinięta. Mamy tu do czynienia z tak ciężkim tematem jakim jest gwałt. Tammara Webber nie bała się przedstawić tego problemu w realistyczny sposób i za to otrzymała ode mnie wielki plus.
Oczywistym faktem jest, że "Tak blisko" skupia się na romansie, który tym razem przypadł mi do gustu. Relacje głównej bohaterki i Lucasa są poplątane i pełne niewiadomych. Nie mogą być razem, a mimo tego łamią zasady i nie boją się konsekwencji. Do tego ich związek nie jest przesłodzony. Stykają się z wieloma problemami przez co nie jest kolorowo.
Dzięki autorce poznajemy też trochę studenckiego życia. Opisuje nam jak wygląda życie na kampusie, jak to jest mieć problemu z nauką i jak wyglądają szalone imprezy uczniów.
Niestety ta lektura ma też kilka drobnych minusów. Pierwszą są bohaterowie, którzy nie wydają się być oryginalni. To przeciętni ludzie, którzy nie wyróżniają się na tle innych. Nie wiem, czy to specjalne zagranie autorki. W każdym razie sądziłam, że spotkam się z barwnymi charakterami, niestety oprócz Lucasa nikt mnie nie zaintrygował. W wielu kwestiach "Tak blisko" wydaja mi się przesadzone. Szczególnie, gdy wracam myślami do przeszłości wcześniej wymienionej postaci. Chłopak ma za sobą ciężkie czasy i jak wiadomo w książkach new adult o to właśnie chodzi, jednak nie przesadzajmy! Ostatnią kwestią jest zakończenie. Gdybym nie wiedziała, że jest kontynuacja sądziłabym, że to powieść jednotomowa. Nic nie wskazywało na ciąg dalszy historii tej dwójki, przez co nie mam nawet chęci sięgnąć po "Tak krucho". Oczywiście i tak to zrobię, w końcu kto lubi pozostawiać serie niedokończone.
Bardzo dobrze spędziłam czas przy tej powieści, więc jedyne co mogę zrobić to ją polecić. "Tak blisko" to lekka książka przeznaczona dla starszej młodzieży. Wzrusza, rozśmiesza i wywołuje gęsią skórkę. Tammara Webber postarała się pisząc ją i to widać gołym okiem. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z "Tak blisko" to radzę nadrobić zaległości, warto!
Ocena: 7/10
Cykl "Kontury serca":
Tak blisko / Tak krucho / ...
Data premiera: 14 stycznia 2015
Wydawnictwo: Feeria
Cykl: "Real life" #1
Wydawnictwo Feeria przyszykowało dla nas małą niespodziankę na 2015 rok. Otóż przedstawiło nam pierwszy tom nowej serii dla młodzieży pt. "Real life". Muszę przyznać, że było to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie, więc gdy tylko dostałam "Zaca & Mię" w swoje łapki , byłam najszczęśliwszym czytelnikiem na świecie. Niestety moja radość nie trwała długo.
Tytułowi bohaterowie książki, czyli Zac i Mia to nastolatkowie, którzy padli ofiarą ciężkich chorób. Zac walczy z białaczką, a Mia z rakiem tkanki kostnej, Ich drogi krzyżują się w szpitalu, a znajomość nie rozpoczyna się zbyt dobrze. Dziewczyna słucha Lady Gagi najgłośniej jak potrafi, a Zac najzwyczajniej ma tego dosyć. Wali w jej ścianę i liczy na to, że hałas ustanie. Nietypowe, nieprawdaż?
"Zac & Mia" to dość krótka książka, którą bardzo szybko się czyta. Przez to odniosłam wrażenie, że fabuła była niepełna i wiele rzeczy zostało niedopowiedzianych. A. J. Betts mocno zainspirowała się wszystkim znaną powieścią Johna Greena, czyli "Gwiazd naszych wina". Z tego powodu "Zaca & Mii" nie można określić mianem książki oryginalnej. Z jednej strony są to dwie całkowicie inne opowieści, lecz czy na pewno? Po prostu miałam zbyt dużo skojarzeń, które przeszkadzały mi w lekturze. Nie mogłam się wciągnąć w ten tytuł, więc szedł mi on dość opornie. Mimo tego "Zac & Mia" nie jest tak do końca złą lekturą.
Stworzenie bohaterów, którzy zachowywali by się autentycznie w stosunku do zaistniałej sytuacji, w tym przypadku jest ciężkim zadaniem, a autorka podołała mu. Zac i Mia przeżywają wszystko na własny sposób. Mia przechodzi fazę buntu, a Zac chowa się w świecie statystyk. Minusem są ich niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie) relacje. Przez większość książki ciężko stwierdzić czy coś dla siebie znaczą, czy pałają do siebie sympatią i tym podobne. Dlatego nie określiłabym tej powieści mianem romansu. "Zac & Mia" jest podzielona na trzy rozdziały. W każdym patrzymy na świat oczami chłopaka, bądź dziewczyny. To bardzo ciekawe zagranie, ponieważ dzięki niemu możemy bardziej wczuć się w postacie.
Autorka częstuje nas chmarą ciekawego humoru, który dodaję barw całej fabule. Pomimo ciężkiej choroby, która wisi nad dwójką głównych bohaterów, mamy szansę się uśmiechnąć, a nawet pośmiać. Z drugiej strony "Zaca & Mii" nie można nazwać powieścią przesłodzoną. Wszystko przedstawione jest w realistyczny sposób, możemy zobaczyć jak ciężka jest walka z rakiem. To ogromny plus.
Zakończenie tego tytułu mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się takiego przebiegu zdarzeń. Sądziłam, że będzie tak oczywiste jak w większości młodzieżówek. Jednak autorka przygotowała coś całkowicie innego, co niestety nie przypadło mi do gustu. Po raz kolejny pomyślałam o "GNW", mimo, że nie są one w ogóle podobne.
"Zac & Mia" to przeciętna młodzieżówka, którą można tak po prostu przeczytać. Jednak nie sądzę, żeby zapadła ona komuś w pamięć. Mimo wszystko czekam na kolejne książki z serii "Real life" i jestem ciekawa, jakie historie przyjdzie mi jeszcze poznać.
Ocena: 5/10
Data premiery: 14 stycznia 2015
Trylogia: "Oddechy" #2
Wydawnictwo: Feeria
Pamiętam jak niedawno zabierałam się za "Powód by oddychać" i ubolewałam nad brakiem kontynuacji. W końcu Rebecca Donovan zaserwowała nam oszałamiające zakończenie. Na szczęście wydawnictwo Feeria po raz kolejny miło zaskoczyło swoich czytelników i szybciutko wydała "Oddychając z trudem". Nie mogłam się doczekać by wrócić do przerażającego świata głównej bohaterki - Emmy.
Emma wraca do zdrowia. Po ostatnich wydarzeniach zamieszała wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Sarą i jej rodzicami. Wszystko powoli wraca do normy. Nastolatka niedługo wybiera się na studia, wyjedzie do słonecznej Kalifornii i zostawi małą mieścinkę za sobą. To ostatnie chwile by przebaczyć i bliżej poznać swoją własną matkę. Emma postanawia wprowadzić się do niej, liczy na poprawę relacji. Nie zdaje sobie sprawy, że wpakowała się w kolejne kłopoty. Czy tym razem wyjdzie z nich w jednym kawałku? Główna bohaterka po raz kolejny zostanie wystawiona na ogromną próbę.
W drugim tomie fabuła jest o wiele bardziej rozwinięta. Rebecca Donovan dodaje garść tajemnic i sekretów, z którymi będzie nam się zmierzyć wraz z Emmą. Czytelnicy tej trylogii zdają sobie sprawę, że autorka uwielbia szokować, także w tym tomie opadnie nam szczęka do samej ziemi. Ale nie obawiajcie się, nie będzie tak jak w "Powodzie by oddychać".
Poznajemy wiele nowych postaci, które również urozmaicą lekturę. Najbardziej intrygujący jest Jonathan. Byłam ciekawa jego zamiarów i przeszłości. W pewnych momentach stawiałam go nawet ponad Evana - chłopaka Emmy. To dzięki temu nowemu bohaterowi tak szybko przebrnęłam przez "Oddychając z trudem", byłam po prostu strasznie ciekawa jego osoby.
W tej części w Emmie zachodzi ogromna zmiana, na którą chyba wszyscy czekali. W końcu potrafi się postawić i walczy o swoje. Naprawdę miło patrzeć jak larwa zmienia się w motyla.
Przyznaję, że drugi tom "Oddechów" może być nawet lepszy od pierwszego. Autorka bardzo miło mnie zaskoczyła i już nie mogę się doczekać "Bez tchu". Liczę na to, że równie szybko pojawi się na półkach księgarni. Pragnę poznać zakończenie historii Emmy i liczę na to, że Rebecca Donovan chociaż raz przyszykowała dla niej coś dobrego.
"Oddychając z trudem" to świetna kontynuacja, którą czyta się z zapartym tchem. Nie mogłam się od niej oderwać i żałuję, że tak szybko ją skończyłam. Polecam tę trylogię, jest jak najbardziej godna uwagi!
Laura Gallego Garcia w Polsce zyskała sławę, dzięki "Tam gdzie śpiewają drzewa". O tym tytule było bardzo głośno w okolicach jego premiery. Spotykałam się z wieloma pozytywnymi recenzjami tej książki, jednak nigdy nie miałam okazji jej przeczytać. Zabierając się za "Księgę Portali" liczyłam na niesamowitą historię i kolejną dawkę talentu tej autorki.
Akademia Portali, jak sama nazwa wskazuje, to szkoła w której ścisłe umysły uczą się sztuki tworzenia portali. Nie ma to żadnego związku z magią, tutaj chodzi o fizykę. Mistrzowie wyliczają, projektują, a dopiero następnie malują portale. Żeby zadziałał potrzebny jest specjalny składnik o nazwie bodaryt. Jest to kamień, który przekształca się na farbę, oraz proszek. Dopiero po jego użyciu portale zaczną przenosić ludzi w inne miejsce. Niestety złoża się wyczerpują, a górnicy znajdują bodaryt całkowicie innego koloru. Co to oznacza?
Tabit jest najlepszym uczniem całej Akademii, gdy dostaje zlecenie na swój pierwszy portal, nie zdaje sobie sprawy, że zostanie uwikłany w tak poważne intrygi - mogą one zagrozić istnieniu całej Akademii.
"Księga Portali" to książka, która ma ponad 500 stron. Pozostaje pytanie, czy są one dobre, czy to kolejny średni tytuł? Laura Gallego Garcia zaserwowała nam oryginalną historię, pełną tajemnic, które musi rozwiązać Tabit i jego przyjaciele. Mamy tu do czynienia z wielowątkowością, która jest ogromnym plusem. Co stronę dowiadujemy się nowych rzeczy i wraz z głównym bohaterem pragniemy dociec prawdy.
Świat, który wykreowała autorka jest magiczny, mimo że z magią ma mało wspólnego. Poznajemy życie osób ze wszystkich klas, tych najbiedniejszych jak i najbogatszych. To miłe urozmaicenie.
Niestety ta książka jest przeznaczona dla młodszych czytelników czego się nie spodziewałam. Dla mnie te 500 stron było bardzo męczące i dłużyło się w nieskończoność. Przy "Księdze Portali" spędziłam bardzo dużo czasu, ponieważ nie mogłam się w nią wciągnąć. Nudziła mnie. Bohaterowie do mnie nie przemawiali, przez co nie mogłam się z nimi zżyć. Dla mnie jest to bardzo ważne w powieściach. Bez takiej więzi nie da się przeżywać przygód tak jakbym tam była. Według mnie "Księga Portali" nie była niczym specjalnym.
Laura Gallego Garcia potrafi pisać w interesujący sposób. Jednak to "Księga Portali" nie jest tytułem dla mnie. Poleciłabym ją młodszym czytelnikom, którzy są wytrwali w lekturze. Według moich odczuć był to kolejny średni tytuł, który można pominąć.
Ocena; 5/10
PREMIERA JUŻ W LUTYM!
Kiersten nie jest zwykłą dziewczyną. Ścigają ją koszmarne echa wydarzeń sprzed dwóch lat. Od tamtej pory woli unikać zobowiązań, a smutek jest jedynym znanym jej – i dlatego bezpiecznym – uczuciem. Gdy poznaje Westona, wydaje się, że dzięki niemu wyjdzie z ciemności na słońce. Ale nie wie, że czas nie jest jej sprzymierzeńcem. Choć Wes sądzi, że potrafi ją ocalić, to dając jej wszystko, jednocześnie wszystko zniszczył. Próbował ją ostrzec, ale jak można przygotować się na co takiego?
Czasami musisz się śmiać, by nie wybuchnąć płaczem. A czasami, gdy myślisz, że to już koniec – to jest dopiero początek...
Pierwszy tom bestsellerowej, przepełnionej emocjami serii YA.
Data premiery: 5 listopada 2014
Wydawnictwo: Otwarte
Kilka lat temu miałam okazję przeczytać serię "Szeptem" Becci Fitzpatrick. Przyznaję, że wtedy byłam młoda i zachwycałam się Patchem i przygodami głównych bohaterów, jednak już nie odczuwam tego tak samo. Zdaję sobie sprawę, że teraz "Szeptem" po prostu nie przypadłoby mi do gustu. Było zbyt młodzieżowe, czyli kolejna średnia lektura typu paranormal romance. Gdy usłyszałam, że Becca Fitzpatrick wydaje następną powieść byłam ciekawa jak bardzo poprawił się jej warsztat pisarski. Z tego powodu "Black Ice" był lekturą, którą musiałam przeczytać.
Główną bohaterką jest nastoletnia Britt, która postanawia wraz z przyjaciółmi spędzić dość nietypowo wakacyjny czas. Otóż pragnie powędrować wzdłuż łańcucha górskiego o nazwie Teton. Niestety do wyprawy dołączył się jej były chłopak, Calvin. Dziewczyna jest zdruzgotana, ponieważ wciąż nie wie co tak naprawdę czuję w stosunku do niego. Czy to nadal jest miłość?
Niestety plany się nie udają. Britt i jej przyjaciółka napotykają wielką burzę śnieżną, przez co muszą zboczyć z drogi i poszukać schronienia. Tam trafiają na dwójkę mężczyzn, a ich wakacje zmieniają się w walkę o życie.
Zacznijmy od plusów fabuły, których jest niestety mniej. Najbardziej odpowiadał mi klimat, który stworzyła Becca Fitzpatrick. Burza śnieżna, czające się niebezpieczeństwo i przystojny przestępca. To naprawdę ciekawa mieszanka, z którą pierwszy raz się spotkałam. "Black Ice" miał być thillerem, jednak wyszła z tego średnia młodzieżówka. To wszystko z powodu bohaterów, których wykreowała autorka. Główna postać, Britt jest głupiutką nastolatką, która nie potrafi zdecydować, którego z ukochanych woli. Calvin, czy Jude? Jej rozterki doprowadzają do beznadziejnych sytuacji, z których nie wszyscy wyjdą w jednym kawałku. O najlepszej przyjaciółce Britt wolę nie wspominać.
Motyw seryjnego mordercy i osób z tym powiązanych jest według mnie niedopracowany. Autorka opisała wszystko chaotycznie, wiele rzeczy jest naciąganych i przesadzonych. Od razu widać, że Fitzpatrick starała się stworzyć coś niepowtarzalnego i jedynego w swoim rodzaju. Jednak po raz kolejny wypadła słabo.
Wielkie brawa dla wydawnictwa Otwartego za okładkę. Jest ona o wiele lepsza od oryginalnej i oddaje klimat tej powieści. Nie można przejść koło niej obojętnie i zapewne ja także nie poradziłabym sobie z tym zadaniem. Na szczęście ofiarą okładki stała się moja przyjaciółka, która zakupiła ten tytuł, a ja tylko podkradłam jej z biblioteczki. Dla mnie byłyby to stracone pieniądze, a spójrzmy prawdzie w oczy, książki mało nie kosztują.
"Black Ice" miał być naprawdę czymś, jednak autorka nie podołała zadaniu. Gdyby spędziła więcej czasu przy głównym wątku i zastanowiła się nad bohaterami może coś by z tego było. Niestety Becca Fitzpatrick po raz kolejny serwuje nam przeciętną młodzieżówką, którą raz się przeczyta i odłoży na bok. Nic ciekawego, nic wartego polecenia.