Moje pierwsze spotkanie z serią "REAL LIFE" nie było udane. "Zac & Mia" to powieść, która nie przypadła mi do gustu. Była to lektura umilająca samotne wieczory, lecz to wszystko. Mimo tego postanowiłam dać szansę "REAL LIFE" i chwyciłam w łapki drugi tom pt. "Althea & Oliver". Uwierzcie, że było warto.
Althea i Oliver przyjaźnią się od dzieciństwa. Jednak w pewnym etapie swojego życia Althea zauważa, że takie relacje jej nie wystarczają. Czy to możliwe, że zakochała się w swoim najlepszym przyjacielu? Jednak to nie wszystko. Okazuje się, ze chłopak choruje na bardzo rzadką chorobę, jest to zespół Kleinego-Levina, inaczej zwana syndromem śpiącej królewny, Oliver bez konkretnej przyczyny potrafi przespać 2 tygodnie, a nawet 2 miesiące. Jak potoczą się losy najlepszych przyjaciół?
Do "Althei & Olivera" podchodziłam z dużą rezerwą, jednak już po kilku stronach zrozumiałam, że nie ma się czego obawiać. Od razu zostałam wciągnięta do świata tytułowych bohaterów. Mamy tu do czynienia z nieszablonowym romansem, dojrzewaniem i tajemniczą chorobą. Ta mieszanka, nie daje nam typowej literatury młodzieżowej, czy gatunku new adult. Przyznam, że nie potrafię określić tego tytułu. Pierwszy raz spotkałam się z taką powieścią i byłam nią miło zaskoczona.
Cristina Moracho lubi szokować. Nigdy nie spodziewałabym się takiego obrotu spraw, jaki otrzymujemy w "Althei & Oliverze". Althea jest zagubioną osobą, do której bardzo się przywiązałam. Nie jest typową nastolatką. To bardzo samodzielna dziewczyna, która nie może poradzić sobie z uczuciem i z rzeczami, które zepsuła. Ciężko czytało się jej zmagania z rzeczywistością, najchętniej wyciągnęłabym ją z książki i przytuliła. Byłam miło zaskoczona tak ludzką bohaterką. Za to ciężko było polubić Olivera. Zazwyczaj w książkach młodzieżowych mamy do czynienia z bożyszczem nastolatek, bądź 'złym' chłopcem. Tutaj jest po prostu Oliver.
"Althea & Oliver" to lekka książka, która zaskoczy wszystkich czytelników. Naprawdę dobrze mi się ją czytało i mam wrażenie, że jeszcze kiedyś do niej wrócę. Jeśli kontynuacja serii "REAL LIFE" będzie tak dobra jak drugi tom, stanę się jej fanką. Jeszcze raz wszystkim polecam przygody Althei. Naprawdę warto się z nimi zapoznać.
Kylie różni się od swoich rówieśników nawet na obozie dla nadnaturalnych istot. Widzi duchy i nie należy do żadnego gatunku – za to ma cechy ich wszystkich. Teraz pochłania ją odkrywanie sekretów nowej tożsamości, martwi się jednak, że Lucas i jego stado nigdy nie zaakceptują tego, iż Kylie nie jest wilkołakiem… A to sprawia, że dziewczyna znów zwraca się coraz bardziej w stronę Dereka, który jako jedyny jest stanie przyjąć ją taką, jaką jest.
Jakby tego było mało, Kylie nawiedza duch Holiday, komendantki obozu i najbliższej jej osoby. Jest tylko jeden mały szkopuł… Holiday żyje. Jeszcze. Kylie musi ocalić ją przed niewidocznym zagrożeniem, zanim będzie za późno. W świecie ciągłych wątpliwości i zamieszania tylko jedno wydaje się pewne: nie da się uniknąć zmian i wszystko kiedyś się kończy, nawet pobyt Kylie w Wodospadach cienia.
Rebbeca Donovan "Biorąc oddech"
PREMIERA: 8 kwietnia 2015
OPIS:
Po trudnych przeżyciach najpierw z dręczącą ją ciotką, a następnie z uzależnioną od alkoholu matką, Emma zupełnie odcięła się od tego, co było. Ale tylko pozornie. Ma nowe życie i nowych znajomych w Kalifornii, a mimo to każdego dnia ścigają ją te same wspomnienia. Broni się przed natrętnymi głosami z przeszłości, również za pomocą tego, czego tak się brzydzi – alkoholu. Tak rozpaczliwie próbuje zapomnieć i ochronić bliskich przed sobą samą…
Co jeszcze ją czeka? Czy nauczy się kochać siebie? Czy wybierze miłość i nadzieję zamiast rozpaczy i mroku? Czy Evanowi uda się ją ocalić? A może zrobi to ktoś inny?
Oto trzeci tom serii Oddechy – ostatnie spotkanie z Emmą i Evanem, ostatnia szansa na to, by wsiąść do kolejki górskiej i wstrzymać oddech aż do ostatniej strony…
Data premiery: 18 czerwca 2014
Wydawnictwo: Jaguar
Cykl: "Coś do stracenia"#1
Po "Utracie" Rachel Van Dyken potrzebowałam lekkiej, przyjemnej, a przede wszystkim zabawnej lektury. Właśnie wtedy natrafiłam na "Coś do stracenia" Cory Carmack. Opis fabuły podany przez wydawnictwo po prostu mnie rozbroił. Od razu wiedziałam, że jest to powieść jakiej potrzebuję i miałam rację.
Bliss jest ostatnią dziewicą wśród swoich przyjaciółek, z tego powodu pragnie pozbyć się tego "balastu" jak najszybciej. Koleżanka namawia ją na łowy w barze, na które Bliss zgadza się pomimo wielu kłębiących się w jej głowie wątpliwości. Na miejscu spotyka przystojnego faceta, a między nimi od razu zaczyna iskrzyć. Gdy w końcu dziewczyna ma osiągnąć swój cel, panikuje. Wymyśla najgorszą wymówkę roku i zostawia przystojniaka w swoim łóżku, w swoim domu i... ucieka. To nie koniec historii, a dopiero początek. Okazuje się, że ten nieznajomy jest jej nowym nauczycielem...
Fabuła wydaje się być banalna, przez co na pewno wiele osób nie zainteresowało się tą powieścią. Już na samym początku mówię, że mają czego żałować. "Coś do stracenia" to bardzo ciekawy i nietypowy romans, który zapewni świetną zabawę na kilka godzin. Historia wciąga od pierwszych stron. Nie mogłam odłożyć tej książki choćby na minutę - zabierałam ją w każde możliwe miejsce. Cora Carmack ma najlepsze poczucie humoru spośród autorów new adult. Przy "Coś do stracenia" nie mogłam przestać się szczerzyć. Przyznam, że płakałam ze śmiechu, a domownicy patrzyli na mnie jak na głupią. Nic nie mogłam na to poradzić, ta powieść jest po prostu za dobra. Bliss jest świetną główną bohaterką, która podejmuje wiele zabawnych decyzji. Humor jest największym plusem tej książki. Dawno żaden tytuł mnie tak nie rozśmieszył i dzięki temu wiem, że ta historia na długo zapadnie mi w pamięci. Cora Carmack zna się na rzeczy.
Bliss jest kontrowersyjną postacią. Jej pomysły wydają się być głupie, niedojrzałe i niedorzeczne. Jednak o to w tej książce chodzi. To wszystko ma śmieszyć czytelnika i jak najbardziej spełnia swoje zadanie. To jest właśnie urok tego tytułu.
Romans pomiędzy Bliss, a Garrickiem jest ciekawy, pełen wzlotów i upadków, a nawet zazdrości. Ciągle coś się dzieje. Za każdym razem dziewczyna najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Jednak wątek romantyczny nie dotykał tylko tej pary. Na horyzoncie czai się kolejny mężczyzna. Tak, mamy do czynienia z trójkątem romantycznym. Nie jest on rozwinięty - tak naprawdę dałoby się obyć bez postaci Cade'a. Nie przepadałam za nim, niestety w kolejnej części pojawia się w roli głównego bohatera.
"Coś do stracenia" to lekka i wciągająca książka z gatunku new adult. Znajdziemy w niej dozę erotyzmu i górę świetnego humoru Cory Carmack. Jeśli macie ochotę na niezobowiązującą lekturę to jest to coś dla was.
Jakim cudem udało mi się przeczytać, aż 10 książek?! Nie mam zielonego pojęcia. Niestety w lutym napisałam tylko 4 recenzje, ale wszystko planuje nadrobić, ponieważ każda z tych lektur jest warta mniejszej, lubi większej opinii.
Faworytami tego miesiąca zostali:"Opal" - boski, wspaniały, genialny, jak cała seria "Lux" i twórczość Jenniefer L. Armentrout. "Coś do stracenia" - rozśmieszyła mnie do łez, napisałam już recenzję, więc opinia pojawi się jutro. "Zaczekaj na mnie" autorki J. Lynn, czyli Jennifer L. Armentrout, utwierdziła mnie w przekonaniu, że ta pisarka zostanie moją ulubioną.
Najgorszą książką lutego był zdecydowanie "Dotyk Julii". Nie mam pojęcia jak ta powieść mogła spodobać się tylu czytelnikom.
Niestety nie udało mi się dokończyć, aż 3 tytułów. Na pewno nadrobię to w marcu, jednak nie planuję recenzji "Midnight Frost" i "Originu", ze względu na to, że są to dalsze części cyklu nie wydane w Polsce.
A jak luty wypadł u Was? :)
PREMIERA: marzec 2015
W XXI wieku, w Nowym Jorku, w
całkiem zwyczajny dzień Katie towarzyszą niecodzienne spotkania. Najpierw
ukazuje jej się dziewczyna z długimi rudymi włosami, jakby z innej epoki, potem
blady mężczyzna w czarnym cylindrze. Na koniec otrzymuje tajemniczą notatkę,
która w zagadkowy sposób wysyła ją w przeszłość…
Zwykła dziewczyna – niezwykła przygoda w czasie.
W kolejnej części przygód Kate powraca do
XIX-wiecznego Londynu, gdzie panuje królowa Wiktoria, a Anglia stoi na skraju
wojny z Rosją. W tle tych wydarzeń szykuje się kluczowa bitwa, która może
zmienić losy świata. Czy wezwanie Kate było właściwym posunięciem i przyczyni
się do zwycięstwa?
Czas nie jest dobrym sprzymierzeńcem, umyka z
każdą chwilą...
FRAGMENT:
„… Zanim Katie mogła ją powstrzymać, dziewczyna
pobiegła w dół po stoku. Nie do pojęcia, jak błyskawicznie przebyła taki wielki
kawał drogi. Nie minęło wiele czasu, a znalazła się na tyłach wojsk. To było
niebezpieczne. Jakiś młodziutki żołnierz na czarnym koniu zobaczył ją
i zaczął ku niej jechać. Miał długie jasne loki, jak w dzieciństwie. To był
Feliks.
Katie spojrzała na Mary Seacole i w jej oczach ujrzała blask zrozumienia.
– Boże
broń – mruknęła kobieta. – Czyli Aniołek jest dzieckiem, które przynosi pokój.
Nagle wszystko stało się jasne, jakby podniosła się kurtyna. Aniołek, Katie i
Feliks: dziecko, które przynosi pokój, to które przynosi wojnę i pokój oraz to,
które przynosi wojnę końca świata. Wybrani, Tempus. Czy to właśnie przewidziała
Lucia? Czy teraz mają ze sobą walczyć? Z miejsca, gdzie stała Katie, wyglądało,
jakby Feliks, z szablą w dłoni, miał zamiar zakończyć żywot Aniołka, skazując
świat na nieustanną wojnę.
Katie
długo zastanawiała się, jakie było jej zadanie. Co powinna zrobić? Najpierw się
mocno wystraszyła, pomyślała, że najlepiej nic nie robić, zostać na miejscu,
zobaczyć, co się będzie działo. Nie była ani Angielką, ani Rosjanką. Nie
należała ani do Verusu, ani do Malumu. Żadnej z tych wojen nie uważała za
swoją. Czyż nie miała prawa chronić życia? Ktoś inny zaprowadzi porządek. Potem
jednak zawstydziła się własnych myśli. To jej zadanie. Aniołek nie może zginąć
w bitwie. Wzięła łęboki oddech, podniosła spódnicę i trzymając krzepko laseczkę
w dłoni, puściła się w dół po stoku.
William Howard Russell wyciągnął rękę, żeby ją złapać,
ale Mary Seacole go powstrzymała.
– Należy do
wybrańców – powiedziała, nerwowo pocierając amulet wokół otworu. – Florence
powiedziała mi, że to może się zdarzyć. Ona musi tam iść.
Katie biegła na pole bitwy w gęstym
dymie, w którym niemal nic nie było widać. Potykając się, brnęła, przeskakując
przez rannych i umierających. Wszędzie wokół ludzie i konie padali jak muchy. W
końcu dotarła do Aniołka. Z każdej strony groziło jej niebezpieczeństwo: kule
karabinów i armat, szable, kopyta przerażonych koni. Jednak nic z tego nie było
tak niebezpieczne jak Feliks. Katie złapała dziewczynę, żeby odciągnąć ją jak
najdalej od zamieszania.
– Musisz
ocaleć! – krzyknęła jej w ucho. – Ocalę ich wszystkich! – zawołała dziewczynka
i Katie zrozumiała, że Aniołek celowo szła prosto w gardziel rosyjskich armat.
Nad nimi
nagle wyrósł Feliks. Co za koszmarny widok. Już nie był dzieckiem ani dorosłym
– ale istotą opętaną. Jego loki pojaśniały i światło wokół niego zrobiło się
nienaturalniejasne. Potem ściemniało, przybrało kolor szaroczerwony jak
zainfekowana rana. Powyżej, na niebie, potężniała moc. Im dłużej Katie patrzyła
na Feliksa, tym silniej czuła, że prowadzi ją w ciemne, nieznane miejsce,
miejsce, którego wcale nie pragnęła oglądać. Ponad nim, ponad końmi, ludźmi,
kulami, dziwne błyskające światło Verusu zmagało się z ciemnością Malumu.
„Koniec pokoju – pomyślała. – Koniec świata. Tego i wielu innych światów”.
Oderwała wzrok od Feliksa i zaczęła ciągnąć Aniołka za
rękę. Śmierć dziewczyny przyniesie zwycięstwo siłom zła. Musi jakoś wytrącić
Feliksa z transu albo przynajmniej odwrócić jego uwagę. Czy można w jakiś
sposób uwolnić go od opętania? Gdyby tylko miał jakieś ludzkie uczucia! Co
mogłaby zrobić, żeby przykuć uwagę prawdziwego Feliksa, dziecka uwięzionego
przez opętańca? Już nie dosięgnie go ludzkie szczęście ani miłość. Co jeszcze
zostało? Czy może uda się go rozzłościć?
Katie
przypomniała sobie scenę w ogrodach pałacowych. Feliks wściekł się, kiedy
powiedziano, że bawi się łódeczkami. Jego złość była bardzo ludzkim uczuciem,
typowym dla dorastającego hłopca. Nie chciał być dzieckiem, bawić się
zabawkami. To go zabolało. To była jego pięta Achillesa.
Katie cały czas kurczowo trzymała w ręku
laseczkę. Podniosła ją i machnęła nią mu przed nosem.
– Dzieciak!
– wrzasnęła. – Feliksie, jaki z ciebie dzieciak...i tchórz! Walczysz z
dziewczyną zamiast z Rosjanami. Feliks jest dzieckiem!
Chłopak wpatrywał się w Aniołka, na te słowa jednak zareagował tak gwałtownie,
że koń stanął dęba.
– To ty! –
zawył. – Słabizna z ciebie! Twój wybór to potwierdza. Żeby popierać tę
dziewczynę! Nie jestem wcale dzieckiem. Jestem mężczyzną, wojownikiem! Tylko patrz,
jak cię zetnę jednym ciosem!
Machnął szablą. Przez ułamek sekundy Katie stała bez
ruchu, patrząc na błysk metalu….”
Data premiery: 5 lutego 2014
Wydawnictwo: Otwarte
Cykl: "Nocna Szkoła" #3
Gdy zbliżała się premiera "Wybranych", czyli I tomu "Nocnej Szkoły" C. J. Daugherty byłam wniebowzięta. Jak tylko pojawiła się na półkach księgarni zakupiłam książkę i wzięłam się za czytanie. Skończyło się na nieprzespanej nocy, więc jak łatwo się domyślić, powieść przypadła mi do gustu i wciągnęła jak żadna inna. Jednak czytanie kolejnych części szło mi coraz gorzej. Po "Dziedzictwie" przyszedł czas na "Zagrożonych", za których nie miałam siły się zabrać. Obawiałam się, że wiele elementów fabuły już dawno wyciekło mi z głowy, ponieważ "Nocna Szkoła" nie jest serią zapadającą w pamięć. Na szczęście nie miałam czego się bać. C. J. Daugherty zgrabnie przypomina wydarzenia z poprzednich części i po raz kolejny otwiera nam drzwi do Nocnej Szkoły.
Nathaniel zaatakował szkołę. Akademia Cimmeria drży z przerażenia, włączając w to Allie. Wróg pragnie zniszczyć akademię od wewnątrz, ale czy mu się to uda? Allie wraz z przyjaciółmi stara się jak może by ocalić Cimmerię, odkryć szpiega i zemścić się na mordercy. Tylko czy grupa nastolatków może tego dokonać? W końcu polityka akademii, nie jest tak prosta jak z początku może się wydawać. Jakie sekrety skrywa "Nocna Szkoła"?
"Zagrożeni" to już III tom serii i póki co najlepszy. Nareszcie C. J. Daugherty pokazała na co ją stać. Pierwsza rzecz, która była dla mnie zaskoczeniem to poprawa jej warsztatu pisarskiego. Tym razem powieść czytało się o wiele lepiej. Pochłonęłam ją, przyznam że nawet nie wiem kiedy. Autorka przyszykowała dla Allie nową dawkę sekretów, zagadek i akcji. W "Zagrożonych" ciągle coś się dzieje. Tak naprawdę nie ma nawet chwili by odetchnąć. Nad akademią wisi widmo śmierci, przez co czytelnik może wyczuć atmosferę zagrożenia. Jest to bardzo duży plus, ponieważ dzięki temu mamy szansę poczuć się jak uczniowie Cimmerii.
Mimo tego, że "Zagrożeni" to najlepsza część serii wydaje mi się, że była ona za mało rozwinięta. Powieść miała ogromny potencjał, jednak jest to tylko literatura młodzieżowa. Brakowało mi polityki całej Akademii jako organizacji. Nie było dokładnego wyjaśnienia, tylko kilka zdań, które nie mówiły zbyt dużo. Zdaję sobie sprawę, że młodszych czytelników by to zanudziło, jednak dla mnie był to spory minus.
Nocna Szkoła odmieniła Allie. Nareszcie trochę wydoroślała, ale podkreślam słowo "trochę". Nadal zachowuje się jak typowa nastolatka, którą bądź co bądź jest. Jednak w końcu nauczyła się nie podejmować decyzji pochopnie, jak to w większości przypadków bywało. Allie przestaje być nieznośną bohaterką, za którą nie przepadamy. Dodatkowo C. J. Daugherty przestała zadręczać nas jej czerwonymi martensami. Uff! Już myślałam, że tego nie dożyję.
Rozterki miłosne głównej bohaterki dotyczące Cartera i Sylviana są przykładem infantylnego zachowania. Daje obojgu nadzieję, a sama nie wie, którego pragnie. Typowe perypetie niedojrzałej nastolatki. Lubię wątki romantyczne, jestem raczej przeciętną kobietą, więc jak na horyzoncie pokazują się przystojniaki jestem zachwycona. Niestety autorce ten trójkąt miłosny po prostu nie wyszedł.
"Nocna Szkoła" to bardzo sympatyczna seria młodzieżowa. Jest oryginalna, pełna znaków zapytania i akcji. "Zagrożeni" byli naprawdę wciągający, przez co jak najbardziej mogę ich polecić. Fani Akademii Cimmeria na pewno będą dobrze się bawić przy tej lekturze.
Czytając opis "Utraty" wiedziałam, że będzie to książka dla mnie. Ostatnio wprost szaleję za new adult i póki co nie wyobrażam sobie przeczytania powieści z innej kategorii. Liczyłam, że Rachel Van Dyken stworzy historię, która wstrząśnie mną i na długo zapadnie w mojej pamięci. Czy podołała zadaniu? Sami zobaczcie.
Główna bohaterka, Kiersten, nie jest typową dziewczyną. Nie martwi się o ubiór, imprezy, czy brak faceta. Nadal żyje tragedią sprzed dwóch lat, w której zginęli jej rodzice. Dziewczyna nie potrafi się pozbierać. Gdy poznaje Wesa, pewnego przystojnego i zabawnego faceta, liczy na to, że to właśnie on pomoże jej ponownie zaznać życia. Niestety Wes skrywa własną tajemnicę. Czy uda mu się pomóc Kiersten, czy to on sam będzie potrzebował jej wsparcia?
Fabuły "Utraty" nie można nazwać oryginalną. To typowy schemat new adult, gdzie główni bohaterowie mają własne problemy, bądź ciągnącą się za nimi przeszłość. Właśnie dlatego powieści tego typu się kocha, albo nienawidzi. Tak jak pisałam wcześniej uwielbiam książki z tego gatunku. Nigdy się przy nich nie nudzę i zawsze wciągają mnie od pierwszych stron. "Utrata" nie jest wyjątkiem. Rachel Van Dyken stworzyła naprawdę ciekawą fabułę, mimo tego, że kilka rzeczy mi w niej przeszkadzało. Uważam, że autorka powinna bardziej rozwinąć całą historię. Chciałabym poznać przeszłość i problemy innych bohaterów, nie tylko Kiersten i Wesa. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach będzie to możliwe.
Jeśli chodzi o romans między bohaterami, jak na moje gusta, był on zbyt przesadzony, a raczej przesłodzony. Przyznaję, że tego się nie spodziewałam, biorąc pod uwagę opis wydawnictwa. Ta dwójka pasowała do siebie zbyt idealnie i tak naprawdę nie miała problemów w związku jak to w new adult bywa. Zero kłótni, zazdrości, nieufności i tym podobnych. Przez to historia wydawała się trochę nierealna. Zakończenie było tak banalne, że gorszego zrobić się nie dało. Tak naprawdę Rachel Van Dyken nastawiła się na uroczą historię, która ma podnosić na duchu i dawać nadzieję. Wielu osobom nie przypadnie ona do gustu, a reszta będzie uwielbiać tę słodycz. Mimo wszystko ta powieść jest warta uwagi.
"Utrata" wywołała u mnie wiele emocji. Śmiałam się jak głupia z wypowiedzi Wesa i płakałam jak dziecko podczas najgorszych momentów. Autorka naprawdę wie jak igrać z uczuciami czytelnika i za to należy się ogromny plus.
Rachel Van Dyken stworzyła naprawdę ciekawą powieść new adult. Nie była ona najlepsza, jaką miałam okazję przeczytać, ale na pewno dobra. Z chęcią sięgnę po kontynuację serii "Zatraceni", jestem ciekawa jak potoczą się losy Kiersten i Wesa, oraz innych bohaterów.
Jeśli macie ochotę na lekką lekturą to ten tytuł będzie dla was idealny. Polecam!
Ocena: 7/10
Data premiery: 9 kwietnia 2014
Wydawnictwo: Filia
Cykl: "Opowieść Penryn o końcu świata" #2
Drugi tom z serii "Opowieść Penryn o końcu świata" mam na swojej półce od długiego czasu. Jednak za każdym razem miałam coś innego do poczytania, brakowało mi ochoty na ten tytuł i tym podobne. Lecz, gdy w końcu złapałam "Angelfall. Penryn i Świat Po" przypomniało mi się jak genialną autorką jest Susan Ee. Od razu zostałam wciągnięta do świata, gdzie ludziom zagładę przyniosły anioły.
Penryn odzyskała siostrę, jednak nie na długo. Paige po raz kolejny znika, tym razem z własnej woli. Starsza siostra przemierza ulice zniszczonego San Francisco, mając nadzieję trafić na ślad dziewczynki. Niestety podczas wyprawy zostaje złapana przez Szarańczaki i zamknięta w celi w Alcatraz. Jak ma dostać się do Gniazda, by uratować siostrę?
Susan Ee od razu wciąga nas w wir wydarzeń. Czytelnicy I tomu zdają sobie sprawę, że w "Angelfall" zawsze coś się dzieje. Autorka nie pozwala nam odpocząć nawet na minutę. Akcja jest wartka i urozmaicona. Mam wrażenie, że przy "Angelfall. Penryn i Świat Po" nie da się nudzić. Fabuła jest rozwinięta, jednak nie możemy myśleć o wielowątkowości. Penryn pcha do przodu jeden konkretny cel, a my podążamy za nią. Ten mały minusik nie psuje zabawy z lektury. Kolejną sprawą, która nie przypadła mi do gustu była ponowna pogoń za Paige i kolejna wizyta w Gnieździe. Powtórka z rozrywki i tyle. Nie za bardzo mi to odpowiadało. Sądziłam, że Susan Ee wpadnie na ciekawszy pomysł.
Autorka jest mistrzynią jeśli chodzi o tworzenie klimatu i atmosfery grozy. Czytając "Angelfall" wyobrażałam sobie ten postapokaliptyczny świat. Przemierzając San Francisco z Penryn czułam, że wciąż jesteśmy w niebezpieczeństwie. To jest ogromny plus tej trylogii. Pierwszy raz w życiu w książce młodzieżowej spotykam się z tak wspaniale wykreowanym światem.
Penryn jest dzielną młodą dziewczyną, której nie da się nie polubić. Potrafi odnaleźć się w tak przerażającej rzeczywistości i nieźle sobie radzi. Bohaterów również można określić jako plus tej powieści. Każdy z nich jest inny, są barwni, nie nudzą się i zaskakują. Szczególnie matka Penryn.
W "Angelfall" romans nie gra pierwszych skrzypiec. Niektórym się to spodoba, ale ja czuję niedosyt. Za mało romantycznych chwil zostało przypisanych Raffe i Penryn. W tej części bardzo brakowało mi przystojnego archanioła.
"Angelfall. Penryn i Świat Po" to książka, której nie można określić jako schematyczną. Pośród książek o aniołach jest naprawdę wyjątkowa. Przyznam, że jestem zachwycona pomysłem autorki, na którym opiera się cała trylogia. Złe anioły? Nie wiem jak wam, ale mnie to pasuje.
Susan Ee stworzyła świetną kontynuację i już nie mogę się doczekać kolejnego, tym samym ostatniego tomu. Jestem ciekawa jakie zakończenie przyszykowała i czym nas jeszcze zaskoczy. "Angelfall" polecam wszystkim. To książka naprawdę warta uwagi. Jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszego tomu, to nadrabiajcie zaległości!
Ocena: 8/10
"Opowieść Penryn o końcu świata":
Angelfall / Angelfall. Penryn i Świat Po / Angelfall. End of Days
Data premiery: 4 lutego 2015
Wydawnictwo: Otwarte
Cykl: "Hopeless" #2
"Losing Hope" to kontynuacja powieści "Hopeless", którą miałam okazję przeczytać jakiś czas temu. Nie była to jedna z najlepszych książek typu new adult, jednak zapadła mi w pamięć. Mimo tego długo zastanawiałam się czy sięgnąć po drugi tom. Nie przypadł mi pomysł autorki, co do opisania tych samych zdarzeń z punktu widzenia Holdera. Zwykła ciekawość zmusiła mnie do sięgnięcia po"Losing Hope". Czy był to czas stracony?
Głównym bohaterem powieści jest Dean Holder, który ma za sobą ciężkie przeżycia. Gdy był dzieckiem stracił swoją najlepszą przyjaciółkę, która została porwana i nigdy jej nie odnaleziono. Chłopiec patrzył jak odjeżdża samochodem z obcymi ludźmi i nic nie mógł zrobić. Po wielu latach jego siostra bliźniaczka popełnia samobójstwo. Uważa, że te dwa zdarzenia to tylko i wyłącznie jego wina. Według niego nie zaopiekował się bliskimi osobami w odpowiedni sposób. Poczucie winy powoli wykańcza Holdera.
Wtedy w zwykłym supermarkecie spotyka osobę, która na zawsze ma odmienić jego życie. Sky, bo tak ma na imię dziewczyna, przewraca jego świat do góry nogami, a Dean odzyskuje nadzieję.
Po raz kolejny Collen Hoover, chce nas wykończyć emocjonalnie. Powracamy do historii z "Hopeless", tylko tym razem autorka pozwala nam poznać więcej szczegółów i ciekawostek dotyczących Sky, Holdera i Les. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć postacie i uczucia, które nimi kierowały.
Nie mogłam się wciągnąć w tę powieść. Bardzo ciężko mi się ją czytało mimo prostego i przyjaznego języka. Nie miałam ochoty po raz kolejny wracać do tej historii i ponownie czytać te same dialogi. Oczywiście "Losing Hope" otwiera nam drzwi do wielu innych drugoplanowych zdarzeń, tylko nie jestem przekonana czy było to potrzebne. Ciekawostką są listy Holdera do jego siostry, w których opisuje swoje uczucia i przemyślenia dotyczące Sky. Oprócz tego ta powieść nie wnosi nic nowego.
Niestety "Losing Hope" nie spodobało mi się tak jak "Hopeless". Książka była męcząca, nudna i jak dla mnie niepotrzebna. Zdaję sobie sprawę, że wielu fanów pierwszego tomu nie wyobraża sobie życia, bez "Losing Hope", jednak ja do nich nie należę. Tę lekturę mogę polecić tylko i wyłącznie wielkim zwolennikom Holdera. Tym, którzy nie przepadają za "Hopeless" mogę spokojnie powiedzieć, że powinni darować sobie kontynuację.
W styczniu udało mi się przeczytać 8 książek. Wynik nie jest zachwycający, ale mimo tego jestem zadowolona. Ulubionymi lekturami miesiąca zostały "Powód by oddychać" i "Tak blisko". Obie książki poruszają ciężkie tematy, lecz głównie są romansem. Miło spędziłam przy nich czas, więc polecam! Niestety "Syrena" nie przypadła mi do gustu, jestem już za stara na tego typu powieści, więc dodaję ją na półkę wymiankową LC. To samo z "Księgą Portali" - tytuł nie dla mnie.
A jak Wy spisaliście się w styczniu? Mam nadzieję, że poszło wam lepiej, niż mnie :)