Nie mogę w to uwierzyć. Jak mogłam przegapić pierwsze urodziny swojego bloga? Miały one miejsce 25 grudnia i właśnie wtedy napisałam pierwszy niezgrabny pościk informujący o moim rozpoczęciu pracy w blogosferze.

W tym czasie blog kilka razy zmienił swoją nazwę. Były "Recenzje Bezimiennej" i tym podobne jednak już od dłuższego czasu funkcjonuje jako "Za górami książek" i tak już pozostanie. Nie mam pojęcia ile razy zmieniałam wygląd strony i chyba nawet tego nie zliczę, ale przejdźmy do najważniejszej rzeczy.
Napisałam 49 recenzji. To dość mało, jednak wybaczam sobie ze względu na dłuższą przerwę, którą zrobiłam sobie w blogowaniu. Odwiedziliście mnie 16 309 tyś. razy i bardzo Wam za to dziękuję. Następnie 149 osób zdecydowało się mnie obserwować. I właśnie dzięki takim rzeczom jestem dumna, że mogę uznać się za blogerkę. :)

Gdyby nie Wy wszyscy mój blog by nie istniał, dlatego dziękuję z całego serca :)

Wesołych Świąt!
Z okazji Bożego Narodzenia, pragnę wam życzyć czego tylko sobie zapragniecie.
Byście spędzili wieczór w ciepłym, rodzinnym gronie. Dzisiaj musicie odłożyć książki na bok :)
Bogatego Mikołaja - takiego zaczytanego. 
No i cudownego Sylwestra! 


Informacje:
Data premiery: październik 2011
Wydawnictwo: Znak literanova
Ilość stron: 312
Czas czytania: 2 dni
Ocena: 7/10

Opis wydawnictwa:
Współczesne Love Story. Historia pierwszej miłości

Ale miłość to coś innego. Miłość nie daje spokoju. Miłość jest bezsenna. Miłość obdarza siłą. Miłość jest szybka. Miłość jest jutrem. Miłość to tsunami. Miłość jest czerwona jak krew.

Leo jest młody, odważny, trochę bezczelny. I co ważne: świeżo zakochany, tą pierwszą, romantyczną, czerwoną jak krew miłością. Czerwień to zresztą jego ulubiony kolor, w przeciwieństwie do bieli, która kojarzy mu się ze smutkiem, pustką, samotnością. Leo postrzega świat poprzez kolory, także emocje i ludzi utożsamia z konkretnymi barwami.

Czerwień to huragan, marzenia, pasja i... Beatrice - śliczna, ognistoruda dziewczyna, w której Leo potajemnie się kocha. Przyjaźń natomiast jest błękitna. Jak niebo, jak woda i ... jak Sylwia, najbliższa, najlepiej znana, rozumiejąca wszystko bez słów. Barwy się przenikają, łączą, powodują lekki zawrót głowy... A Leo zrobi wszystko, żeby zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość.
 

* * *

Są takie książki, które zachwycają okładką, ponieważ daje ona zapowiedź niesamowitej historii. Jednak jest takie  przysłowie, które zapewne wszyscy znają i nie muszę go nawet przytaczać jednak... Nie oceniajcie książki po okładce! A po tytule można? W końcu to on skłonił mnie do sięgnięcia po „Białą jak mleko, czerwoną jak krew”. Połączenie tych dwóch barw jakoś mnie zaczarowało. Chciałam poznać bohaterkę, która zyskała sobie taki opis.

Autorem tej powieści jest Alessando D’Avenia, o którym wcześniej w ogóle nie słyszałam. I nie ma co się dziwić, to jego pierwsze dzieło wydane w Polsce i liczę na to, że nieostatnie. Rzadko kiedy sięgam po włoską literaturę i muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona. Coś mi się wydaje, że powinnam zwracać większą uwagę na książki włoskich autorów. Z tego co zauważyłam są one dość specyficzne.

Wracając do „Białej jak mleko, czerwonej jak krew”, książka opowiada historię o chłopaka o imieniu Leo. Jest zwykłym szesnastolatkiem z grzywą długich włosów i typowym dla nastolatka podejściem do życia. Czas wolny spędza ze swoim kumplem Niko na boisku, jeździ na skuterze, kłóci się z rodziną, buntuje. Jednak Leo zakochał się. Czy to sztuczna opowieść o pierwszej miłości młodziaków? Nie. Beatrice, piękność z chmarą ognistorudych włosów to obiekt westchnień Lea. Nie widzi poza nią świata, a nie miał nawet szansy zamienienia z nią kilku słów. Pewnego dnia dowiaduje się od swojej przyjaciółki Silvii, że jego ukochana jest poważnie chora. Chłopak pogrąża się w smutku, z którego wyciąga go przekonanie, że miłość może wygrać ze wszystkimi przeciwnościami losu. Pomoc Beatrice jest dla niego tak ważna, że staje się ślepy na innych i na to co posiada.

„Współczesne Love Story” to raczej złe określenie. Oprócz głównego wątku miłosnego można tu znaleźć wiele życiowych porad, których każdy powinien się trzymać. Leo to młody, ale inteligentny chłopak, który powoli odnajduję to co najważniejsze w istnieniu człowieka. Opisy jego uczuć sprawiają, że możemy się do niego zbliżyć i spróbować go zrozumieć. Książka pisana jest w formie pamiętnika, gdzie Leo jest narratorem. Sprawia to, że lepiej odczuwamy sytuację w jakiej znajduje się chłopak.

Książkę czyta się łatwo, jest pisana potocznym językiem, a jej lektura zajęła mi dwa wieczory. Nie był to czas stracony, ponieważ Alessando D’Avenia nauczył mnie poprzez nią wiele rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Postacie są dobrze wykreowana, chociaż wydaję się dość wyblakłe. Nie są na tyle wyraziste by zapadały w pamięć, jedynie Leo jako główny bohater może liczyć na wyróżnienie. Jego charakter jest specyficzny. Chłopak widzi wszystko poprzez pryzmat kolorów. Przyjaźń – niebieski jak Silvia. Miłość – czerwony jak Beatrice. Smutek – biały jak złe myśli. Byłam ciekawa w jaki sposób Leo dotarł do takich spostrzeżeń i to dlatego książka mnie tak wciągnęła. Po kilku stronach nie mogłam się od niej oderwać i co chwilę zaskakiwała mnie czymś nowym. Raz powodowała u mnie uśmiech, a raz łzy. Nagłe zwroty akcji pojawiały się wtedy, kiedy czytelnik się ich nie spodziewał. Mimo wszystko Alessandro nie zaskoczył nas zakończeniem, nie wiem, czy tylko ja miałam takie nieszczęście i po połowie lektury po prostu wiedziała jak to się zakończy, czy  może autor tak kiepsko ukrył swoje zamiary.

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” to nie byle jaka powieść dla nastolatków, wydaje mi się, że osoba dorosła, także pozwoli wciągnąć się lekturze. Liczę na to, że zachęciłam do sięgnięcia po tę książkę. Naprawdę warto, a i czas nie będzie stracony.

Ocena: 7/10


Wszystko dzisiaj w kiepskiej jakości, gdyż zdecydowałam się wypróbować program Blogger na moim przestarzałym androidzie. Niestety zostałam zmuszona pożegnać się ze swoim laptopem i na tą chwilę zostaje mi tylko telefon. Jednak to nie powstrzyma mnie od blogowania. :)

Od góry:
1. Krzysztof Bielecki "Rekonstrukcja" - otrzymałam tę książkę od samego autora i mam zamiar w najbliższym czasie się za nią zabrać.
2. Dan Brown "Kod Leonarda da Vinci" - jeszcze nie miałam szansy na przeczytanie jej i postanowiłam nadrobić zaległości.
3. Nora Roberta "Posłanie z róż" - okazuje się, że to druga część serii. Więc poszukuję na sieci ebooka pierwszej.
4. Alessandro D' Avenia "Biała jak mleko, czerwona jak krew" - tej pozycji poszukiwałam już od długiego czasu i od razu się za nią zabieram.
5. Karen Kingsbury "Ocalić życie"

Informacje:
Data premiery: marzec 2012
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 352
Czas czytania: 2 dni
Ocena: 7/10

Opis wydawnictwa:
Serena jest aniołem stróżem i ma misję do wykonania. Ośmiela się przekroczyć próg tajemniczego nocnego klubu, by uratować swojego podopiecznego – wschodzącą gwiazdę Hollywood – który wpadł w złe towarzystwo. Na jej drodze staje niebezpieczny i przystojny arcydemon Julian.
Choć obiecał sobie, że już nigdy nie straci głowy dla żadnej kobiety, Julian czuje, że seksowna i urocza anielica budzi w nim uśpione od wieków emocje.
Ich zmysłowa gra, w której stawką jest ludzkie życie, może skazać ich na męki w piekle lub… wieczność niebiańskich rozkoszy.

* * *

Bardzo dawno nie czytałam książki, gdzie występują taka mieszanka wybuchowa jak miłość anioła z demonem. Gdy kątem oka zauważyłam w bibliotece „Zmysłową grę”, wiedziałam, że to coś co zabiorę do domu. Wiele słyszałam o tej książce. Były to pochlebne recenzje, ale także te negatywne. Mimo wszystko chciałam przekonać się na własnej skórze, czy ta opowieść jest warta czasu, którego przy niej spędzę.

Główną bohaterką jest anielica Serena, która otrzymała misję stróżowania nad znanym aktorem Nikiem, którego przykrywa morze alkoholu. Czyli jest ona po prostu Aniołem Stróżem. Pewnego wieczoru postanowiła poszukać go w znanym lokalu Devil’s Paradise, który do najprzyjemniejszych miejsc nie należy. Niestety przeszkadza jej przystojny mężczyzna, na którego widok uginają się pod nią kolana. Niestety Julian Asher okazuje się być demonem i to jednym z najsilniejszych. Julian na widok anielicy odczuwa pragnienie posiadania jej. Zrobi wszystko by była przy jego boku, czego Serena by nie zniosła. Ukrywa swoje prawdziwe uczucia, by nie upaść z poziomu anioła wprost do piekła. Powoli rodzi się coś wyjątkowego.

Fabuła może zostać uznana za oklepaną, jednak ma w sobie coś specyficznego. Autorka, Stephania Chong, mnie zaskoczyła. Jest to jej pierwsza powieść i widać, że ma zadatki na niezłą literacką przyszłość. Wykreowała bardzo dobre postacie, które od razu polubiłam. Serena idealnie oddaje naturę anioła, a jej walka z pożądaniem jest fantastycznie opisana. Arcydemon Julian zachwyca swoją zaborczością, oddaniem i przemianą jaką przechodzi. Jeśli chodzi o bohaterów to nie ma czego się uczepić.
Język jakim się posługuje jest prosty, od razu wciąga czytelnika w swój świat i nie pozwala mu się oderwać od lektury. „Zmysłowa gra” zalicza się do lektur przeznaczonych do starszych odbiorców. Pojawia się tu wiele ‘gorących’ scen, od których rumienią się policzki. Akcja jest wartka, trzyma w napięciu  [chociaż jest kilka momentów, gdzie można poczuć powiew nudy] i wprost nie można się doczekać punktu kulminacyjnego historii. Niestety właśnie tutaj się zawiodłam. Stephania Chong wprowadziła nas w chaotyczny rozwój wydarzeń, które ciężko było ogarnąć. Jednak powoli wszystko zaczęło się jakoś układać i mogłam się odnaleźć w fabule.
Dodatkowo autorka pozostawia w nas lekką niepewność. Nie słyszałam nic o kontynuacji tej powieści, a jednak Chong wskazuje, że coś takiego będzie. Ponownie stawia życie bohaterów na szali, a dopiero co ‘żyli długo i szczęśliwie’.

Mimo wszystko „Zmysłowa gra” to książka, która jest warta uwagi, jednak gdy jej nie przeczytasz nic złego się nie stanie. Na rynku jest wiele tego typu opowieści i czegoś wyjątkowego się w niej nie znajdzie. Docenia jednak pracę Stephanii Chong, ponieważ jak na pierwszą powieść to nie jest źle, a wręcz przeciwnie. Sądzę, że przy historii Sereny i Juliana  można miło spędzić czas. „Zmysłowa gra”, koc i kubek gorącej czekolady to idealna kompozycja na zimowy wieczór, który zbytnio się wydłuża. 

Ocena: 7/10

Informacje:
Data premiery: październik 2012
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron:
Czas czytania: 2 dni
Ocena: 5/10

Opis wydawnictwa:
Nieustraszony rzymski gladiator. Lekkomyślna dziewczyna z XXI wieku. Tajemniczy wirus, który ich połączył… A.D. 152 Sethos Leontis, nadzwyczaj zręczny wojownik, nieoczekiwanie zostaje ranny i niebezpiecznie ociera się o śmierć. A.D. 2012 Niezwykle inteligentna, ale sprawiająca kłopoty Ewa zaczyna nowe życie w szkole dla wybitnie utalentowanych, ale jedna chwila w laboratorium pociąga za sobą przerażające konsekwencje. Niezwykły związek doprowadza do połączenia Ewy i Sethosa, wspólnie pracują nad rozwikłaniem zagadki dotyczącej śmiertelnego wirusa.

Obyczajowa opowieść, antyczny dramat z romantycznym wątkiem są bogatym tłem dla współczesnej powieści obyczajowej dla nastolatków. Całość to ciekawe i rozbudowane postaci, ale również fabuła skonstruowana w bardzo logiczny i przekonujący sposób mimo swojej złożoności. Gorączka podczas lektury.

* * *

„Gorączka” to książka, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, dopóki nie dostałam możliwości zrecenzowania jej. Zerknęłam, więc na opis i muszę przyznać, że zaciekawił mnie on niezmiernie. W końcu rzadko kiedy mamy możliwość zapoznania się z taką mieszanką wybuchową. Ucieszyłam się, gdy książka wpadła w moje ręce. Lubię przeczytać coś lżejszego, jakiś romans z literatury młodzieżowej i liczyłam na to, że Dee Shulman zaczaruje mnie swoją pomysłowością.

„Gorączka” opowiada o Ewie – raczej niecodziennej nastolatce. Jest geniuszem, samotnikiem, oraz buntownikiem. Jej zdolności informatyczne sięgają ponad normę, a komputerowe włamanie do banku to dla niej pestka. Dziewczyna zostaje wydalona ze szkoły i to po raz drugi. Jednak swój dom znajduje w St. Magdalene, placówce dla wyjątkowo uzdolnionej młodzieży. Pewnego dnia chęć zdobywania wiedzy staje się dla Ewy zmorą. W laboratorium zaraża  się śmiertelnym wirusem. Umiera na w szpitalnej sali, lecz po kilku minutach wraca do życia.

Drugą postacią główną jest Sethos Leontis, nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie to, że żyje w II wieku naszej ery. Jest rzymskim gladiatorem i to nie byle jakim. Można go nazwać praktycznie niezwyciężonym. Poznaje Livię, którą można określić miłością jego życia, niestety dzieli ich hierarchia rzymskiego społeczeństwa. On jest tylko niewolnikiem, a dziewczyna pełnoprawną obywatelką Rzymu. Jednak pewnego dnia Sethos zostaje zarażony wirusem i umiera. Gdy powraca do życia, nie jest już w Rzymie.
Jakimś cudem się spotykają? Co z tego wynika?

Przez pierwsze rozdziały podróżowałam z zapartym tchem. Nie mogłam oderwać się od „Gorączki”, na choćby chwilę. Jednak powoli akcja stawała się rozlazła. Tak jakby autorka straciła chęci pisania i drążyła historię tylko po to by ją skończyć. Fabuła stała się naciągana, Dee Shulman miała nietypowy pomysł, z którego mogła wycisnąć o wiele więcej. Dodatkowo wielka miłość między Ewą, a Sethosem jest okropnie przekolorowana. Kojarzą się one z ‘żarówiastymi’ barwami, od których aż oczy bolą. Relacje między głównymi bohaterami są zbyt oczywiste. Typowe romansidło dla młodzieży.

„Gorączkę” czyta się szybko, lektura zajęła mi może dwa wieczory. Język jest prosty i nie sprawia problemów. Chyba, że ktoś gubi się w najprostszych chemicznych, bądź biologicznych określeniach. Jeśli tak to radzę czytać książkę z encyklopedią pod ręką. Niestety nie jestem do końca pewna, czy mogę polecić wam twórczość Dee Shulman. „Gorączka” zostawiła za sobą pełną obojętność, nie jestem pewna, czy będę kontynuowała historię Ewy i Sethosa. 

Ocena: 5/10


Za możliwość zapoznania się z książką, dziękuję wydawnictwu Egmont:




Przez ostatni czas zaniedbałam bloga i Was. Bardzo za to przepraszam, jednak ostatnio miałam bardzo dużo na głowie. Nie potrafiłam wszystkiego ogarnąć, a lektury musiałam odłożyć na bok. Byłam tym faktem załamana. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem i powracam do blogowania. Już nadrabiam zaległości na Waszych blogach, no i w nowościach wydawniczych. 
Może już dzisiaj pojawi się recenzja książki. Jakiej? To tajemnica :)
Informacje:
Data premiery: grudzień 2011
Wydawnictwo: The Cold Desire
Ilość stron: 544
Czas czytania: 4 dni
Ocena: 6/10

Opis wydawnictwa:
Co łączy grupę cmentarnych grabieżców, kapitana straży, młodego ekscariusza, złodzieja, Magów Ognia i skrytobójcę? I ile z „bestii” drzemie w każdym z ludzi? 

Siewca Historii to opowieść, w której zawiłe losy bohaterów - splatając się ze sobą zarówno w przeszłości, jak i teraźniejszości - tylko pozornie są dziełem przypadku. W rzeczywistości ktoś, w sobie tylko znanym celu, przędzie misterną nić wydarzeń, bawiąc się ludzkimi pragnieniami, przyszłością i życiem.


Jak mówi sama autorka:

„Ta opowieść trochę jest o poszukiwaniu… Poszukiwaniu swojego miejsca w Życiu, swojego Czasu, swojej własnej Historii… Troszeczkę…”

* * *

Gdy w moje ręce wpadła książka Roksany Kulik, ogarnęły mnie pewne wątpliwości. Okładka nie wygląda zachęcająco, ale opis fabuły wydaje się dość ciekawy, wręcz ponad przeciętny. Od razu rzuca mi się w oczy znaczek „+18”, który wywołuje u czytelnika ciekawość i oczywiście przyciąga. „Siewca Historii” nie jest pierwszą książką autorki, więc jestem bardziej wymagająca. Po kilku minutach zapoznawania się z częścią zewnętrzną, zerkam do środka. Na pierwszej stronie pojawia się napis: powieść „yaoi” – dla niewtajemniczonych, oznacza to związki męsko-męskie. Potem autorka z łatwością, wciągnęła mnie w świat przez siebie stworzony i  po prostu nie mogłam oderwać się od lektury, jednak na krótko.

Prolog ocieka wielką tajemnicą. Zostaje nam ukazana postać wyróżniająca się wyglądem, która tylko zaostrza naszą ciekawość. Więc brniemy dalej by poznać bohaterów książki i rozwiązać tajemnicę: kim jest ów długowłosy młodzieniec. Jest to dosyć proste zadanie, ponieważ pojawia się on nam już na samym początku, wraz z grupką grabieżców. Przez kolejne strony, autorka zapoznaje nas z przeszłością bohaterów i ich przygodami. Jest tu niezły zamęt, w ogóle nie mogłam się połapać kto jest kim, gdyż Roksana Kulik zarzuciła nas wieloma imionami, czy ksywkami. Przez kilka rozdziałów żyłam w ciągłej nieświadomości o kim tak w ogóle czytam.

„Siewca Historii” to książka fantasy – to jeden z moich ulubionych gatunków literackich i chyba na każdym kroku o tym wspominam – jednak czegoś mi brakowało w tej pozycji. Opisy niektórych sytuacji były dla mnie niepełne i czasem ciężko było się połapać o co chodzi. Akcja toczy się w średniowieczu, więc autorka częstuje czytelników ciekawymi obrazami otoczenia, które sprawiają, że łatwiej nam jest wszystko sobie wyobrazić. Dodatkowo w krótkim czasie możemy zorientować się skąd pojawiło się to +18 na okładce. Roksana Kulik przedstawia wiele sprośnych scen i to mało powiedziane. Książka na pewno jest kierowana do starszych odbiorców.
Przez pierwsze rozdziały wędrowałam z prędkością światła, jednak w pewnym momencie „Siewca Historii” stracił szybki rytm i zaczęło powiewać nudą. W końcu zauważyłam, że zmuszałam się do czytania książki. Jednak jakoś skończyłam lekturę i przyznaję, że nie był to czas stracony. Mimo, że czytałam kilka lepszych pozycji fantasy, to „Siewca Historii” chociaż ma kilka braków, też był niezły. Łatwo się czyta – język autorki nie jest trudny, a jej dopiski urozmaicają lekturę. 
Mogłabym rzec, że „Siewca Historii” jest raczej przeciętną pozycją.

O dziwo najlepszą częścią książki były wspomnienia bohaterów i ich historia. Bardziej ujmowała mnie przeszłość, niż teraźniejszość. To naprawdę dziwne zjawisko w moim wypadku, ponieważ w większości lektur tzw. powroty do przeszłości mnie zwyczajnie irytowały.

Podsumowując, „Siewcę Historii” mogę polecić, jednak specjalnie nie namawiam. Warto spędzić trochę czasu przy tej książce. To dość miła odmiana od typowych romansów, bo powieści „yaoi” typowymi nazwać nie można. Znajdziemy tu trochę akcji, ździebko wzruszających scen i wiele scen erotycznych. Jeśli ktoś potrzebuje czegoś „nowego” to ta książka jest w sam raz.  

Ocena: 6/10

Za zapoznanie się z lekturą, dziękuję:





Informacje:
Data premiery: 3 października 2012
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 376
Czas czytania: 1 dzień
Ocena: 9/10
Trylogia: "Delirium" tom 2
Recenzja "Delirium" >klik<

Opis wydawnictwa:
Lena żyje w świecie, w którym [miłość] uznano za niebezpieczną chorobę, a ludzie poddawani są zabiegowi, po którym już nigdy nie będą mogli kochać. Tuż przed operacją dziewczyna zakochuje się w Aleksie. Ich wspólna ucieczka kończy się tragicznie... Wśród dymu i płomieni Lena widzi twarz ukochanego po raz ostatni.
Zrozpaczona przystępuje do ruchu oporu, by walczyć o wolność i [miłość]. Na jej drodze staje tajemniczy Julian.
Czy można pokochać największego wroga?

Jedna z 5 najlepszych książek według „The New York Times”
Kolejna powieść autorki obsypanego nagrodami „Delirium”

„Zaskakujące zwroty akcji sprawiają, że powieść czyta się w mgnieniu oka, a zakończenie jest tak niesamowite, że czytelnik pozostaje w totalnym osłupieniu”.
„The Horn Book”

* * *

Wyczekiwałam premiery „Pandemonium”, czyli drugiej części „Delirium” z ogromną niecierpliwością. Pierwsza książka z tej trylogii rzuciła mnie na kolana. Wprost nie mogłam się oderwać od lektury, a w przypadku „Pandemonium” jest to samo. Gdy przeczytałam pierwszą stronę, nie mogłam zamknąć książki i tak spędziłam cały dzień w łóżku z twórczością Lauren Oliver w łapach. Czy był to czas stracony? Nie, na pewno nie.

Ponownie przenosimy się do rzeczywistości, gdzie miłość została uznana za chorobę. Lena staje się Odmieńcem [osoba, która nie została poddana zabiegowi] i zamieszkuje teraz Głuszę. Jednak życie nie jest tam tak proste jak mogło się wydawać. To codzienna walka o przetrwanie, niewinni ludzie giną. A główna bohaterka żyje jedynie dzięki obcym ludziom, którym nie wie czy ufać.
„Pandemonium” dzieli się na dwa działy, które zmieniają się naprzemiennie. Życie Leny w Głuszy jest opisywane jako „Wtedy”. Za to „Teraz” ukazuje nam całkowicie przemienioną dziewczynę, gotową do walki dla sprawy. Pod przykrywką zamieszkuje Nowy York i staje się członkinią ruchu oporu. Jej misją jest obserwacja Juliana – chłopak jest twarzą organizacji, która promuje zabiegi u osób młodszych, gdy operacja ta w większości przypadkach może zakończyć się śmiercią. W wyniku wielu zdarzeń, Lena zostaje uwięziona wraz z Julianem i oboje muszą walczyć o swoją wolność. Z początku wszystko ich dzieli. Światopogląd, rodzaj życia i wiele innych rzeczy. Jednak z czasem znajdują wspólny język. Czy połączy ich jakieś uczucie? Czy Lena zdoła zapomnieć o innej, bardzo ważnej osobie?

„Przerywa i zaczyna śpiewać cicho: - All you need is love”

Lauren Oliver stworzyła oryginalną fabułę i opracowała bardzo realistyczny świat. Który mimo tego, że przeraża to również pociąga. Czytelnik chce dowiedzieć się więcej o [miłości] w tamtej rzeczywistości. W końcu zawsze najlepiej smakuje ten ‘zakazany owoc’. „Pandemonium” jako lekturę młodzieżową, ale nie tylko, czyta się bardzo szybko. Jednak po zakończeniu książki, po prostu nie można wyjść z szoku. Jak dla mnie jest to jedna z tych pozycji, które pozostawiają czytelnika w nastroju do rozmyślań. Ciągle myślałam nad tym co dalej, jak potoczy się życie głównej bohaterki i gdybym miała pod ręką, na pewno od razu sięgnęłabym po kolejną część. 

A jak już przechodzimy do bohaterów, to wspomnę o nich trochę więcej. Otóż w „Pandemonium” poznajemy wiele nowych postaci, które znaczenie różnią się charakterem. Muszę przyznać, że nie wszystkich darzę sympatią, ale Luren Oliver naprawdę dobrze ich wykreowała i dlatego przymykam oko. Do tego możemy zaobserwować zmiany jakie zachodzą w głównej bohaterce. Z nieporadnej Leny, zmienia się w silną Lenę Morgan Jones. Od razu nachodzi mi na myśl Katniss Everdeen z „Igrzysk Śmierci”. Wiele osób porównywało „Delirum” do „Igrzysk…” i stwierdzałam, że to jakiś chwyt reklamowy, jednak „Pandemonium” łączy coś z wcześniej wspomnianą trylogią. To walka na śmierć i życie o to samo, czyli wolność.

„Ja, nowa Lena, nie rodzę się tak od razy.
Krok po kroku, a potem centymetr po centymetrze.
Czołgając się, ze skurczonymi wnętrznościami, czując w ustach smak dymu.
Pełzając po ziemi jak robak.
To właśnie tak przychodzi na świat nowa Lena”

Lektura, zresztą jak każda ma minusy. Jednym z nich i to bardzo poważny jest nie do końca zaskakująca fabuła. Niektórych rzeczy się domyśliłam, jednak element zaskoczenia i tak był. Z tego powodu nie sądzę by było to kłopotem przy czytaniu. Do tego Lauren Oliver potrafi nas tak zaciekawić, że większości błędów nie zauważamy. "Pandemonium" określiłabym bombą emocji. Właśnie tak rozmaitymi odczuciami karmi nas autorka. 

Odpowiedź na pytanie: „Czy polecam?” - jest raczej oczywista. Więc jeśli nie zapoznaliście się z „Delirium” to radzę nadrobić zaległości. Naprawdę warto.

Ocena: 9/10

Za możliwość zarażenia się 'delirią', dziękuję:




Informacje:
Data premiery: czerwiec 2010 r.
Wydawnictwo: Multi-Service Sp. z o.o.
Ilość stron: 460
Ocena: 5/10

Opis wydawnictwa:
Czy z burzowej chmury można uczynić chorągiew dla armii? I czy może to zrobić dziewczyna, która ani nie ma armii, ani nawet zamiaru, by wybierać się na jakąś wojnę? Esme ma tylko jedno małe marzenie – zasłużyć na srebrną bransoletę będącą znakiem jej klanu czarownic… jednakże żyje w świecie, gdzie rządzą kaprysy sił przeznaczenia… a one mogą wszystko. Jedną kroplę wody potrafią zamienić w huczący wodospad. Czy dzielny rycerz jest w stanie samotnie zatrzymać szaleńczą szarżę pancernej jazdy? Nie wydaje się to możliwe… chyba, że w walkę wtrącą się demony losu. One z jednego rzuconego kamienia mogą zrobić kamienną lawinę…Mistrzyni Burz to opowieść o magii, intrygach, pojedynkach i zuchwałej wyprawie podjętej w celu odnalezienia zaginionego królestwa. Ale również jest to opowieść o szukaniu własnej drogi – przez rycerza, który podróżuje przez świat z magicznym mieczem i przez młodą wiedźmę starającą się zrozumieć swój magiczny talent.

* * *

Fantasy jest jednym z moich ulubionych gatunków literackich. Czytając „Mistrzynię burz” zdałam sobie sprawę, że rzadko kiedy sięgam po dzieła polskich autorów. Nie wiem dlaczego, ale mam jakiś uraz do polskich pisarzy i wiem, że dużo przez to tracę. Chyba pora nadrobić zaległości, prawda?
Waldemar Płudowski jest polskim pisarzem, „Mistrzyni burz” to jego pierwsze większe dzieło, które zostało wydane przez „Multi Service” w 2010 roku. Dopiero teraz miałam okazję sięgnąć po tę lekturę i wydaje mi się, że mimo kilku minusów, nie był to czas całkowicie stracony. Można powiedzieć, że „coś” w tej książce jest.

Autor wprowadza nas do świata magii, gdzie spotkać można rycerzy, czarownice i wiele istot nadnaturalnych. To właśnie tam poznajemy głównych bohaterów, którzy w najbliższym czasie uzyskują cel, do którego bacznie dążą. Mowa o rycerzu Michale, któremu przypisana jest sława, lecz droga do niej nie jest łatwa. Następnie pojawia się Esme – czarodziejka starająca się dołączyć do wielkiego klanu czarownic, lecz nie jest tam całkowicie mile widziana. I tak właśnie Waldemar Płudowski prowadzi postacie jak za rączkę w coraz gorsze zasadzki i bitwy pełne rozlewu krwi. 
Gildia Ebola, jest organizacją, której nie cechuje dobroć. Są wrogami czarownic, co gorsza dość potężnymi by uznać ich za wysokie zagrożenie. Esme znajduje się w samym środku tlącego się ognia jakim jest spór między Gildią, a Barreine Itt – wcześniej wspomnianego klanu czarownic. Na tym oparta jest cała fabuła tej wielowątkowej książki.

Jak już piszę o głównych bohaterach to od razu ich ocenię. Z początku miałam nadzieję, że Michał nie okaże się typowym rycerzykiem z gorącą głową. Niestety musiałam się zawieść. Charakter stworzony przez autora, akurat dla tej postaci sprawiał, że za każdym razem gdy stawał się on narratorem to miałam dość książki. Mężczyzna, któremu przypisane jest sława i bogactwo. Nosi ze sobą legendarną tarczę i miecz, ma wspaniałe nieustraszone pegazy i nie wiadomo co jeszcze.
Esme Loe została obdarzona ostrym charakterkiem. Czarownicę polubiłam, chyba jako jedyną z całej lektury. Jest dynamiczna, nie poddaje się i nic nie przychodzi jej z wielką łatwością, jak Michałowi. Walczy nie dla siebie, lecz innych i to sprawiało, że postać stawała się przyjemniejsza.

Pierwszym minusem, który rzucił mi się w oczy to brak wyjaśnienia czegokolwiek. Strasznie ciężko było mi wciągnąć się, w tę książkę. Nie miałam pojęcia o co chodzi, wiem że jakaś czarownica została porwana przez jakąś dziwną gildię, ale co dalej? Przewracam stronę, a tam wielki napis „Dwa lata później”. A zaczynało się tak emocjonująco. W kolejnych rozdziałach napięcie całkowicie opadło i zostałam lekko zanudzana. Raz na jakiś czas odbywała się walka, która trwała chwilę i brakowało w niej dreszczyku. Następnie zostaje przedstawiona stereotypowa „zła królowa” – ile razy powtarzał się ten motyw? Chyba nie można tego zliczyć.  No i brak klimatu. Od czasu do czasu opisy krajobrazu, a tak to nic. Rzeczą, którą uwielbiam w książkach fantasy są właśnie opisy czarujących okolic. Jak na książkę o czarownicach, znalazłam w niej mało informacji o magii. Autor nie odpowiedział na wiele pytań i pozostawia niedosyt. Mimo tego w lekturze znajdzie się kilka wartościowych elementów. Można rozważyć przeznaczenie, poczucie wolności i inne ważne dla człowieka sprawy. Często z tego powodu „Mistrzyni burz” skłaniała mnie do przemyśleń i wprawiała w melancholijny nastrój. Fabuła jest rozbudowana, jednak brakuje tu zwrotów akcji, które wciągałyby i szokowały czytelnika.

Nie jestem pewna, czy „Mistrzyni burz” jest książką, którą będę komukolwiek polecać. „Przeczytane-zapomniane” – tak mogę określić tą powieść. Z racji tego, że jest to pierwsza wielokartkowa praca Waldemara Płudowskiego, nie oceniam jej nisko i czekam na kolejne dzieła tego autora.

Ocena: 5/10





Obsługiwane przez usługę Blogger.